Tereny Valfden > Dział Wypraw

Wschód słońca

<< < (12/20) > >>

Dragosani:
Mężczyzna oczywiście był postawny i przystojny, bo jakżeby inaczej? Był to wysoki brunet o szarych oczach, których spojrzenie co jakiś czas spadało na Evening. Ruszyli razem w kierunku domu panny Antarii. Oczywiście ona prowadziła, wszak mężczyzna nie znał drogi.
- Nie szkodzi, pani Antarii. - Wyraźnie nie bardzo wiedział, jak ma się zwracać do rycerzycy. - To ja powinienem zwracać większą uwagę na szczegóły. Mój błąd. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nazywam się Joran, tak w ogóle - przedstawił się, bo w sumie wypadało. Szli sobie ciemnymi uliczkami, które były już opustoszałe. Taki nocny spacer, tylko we dwoje.

Evening Antarii:
-Mów mi Eve-wtrąciła się. Dopiero teraz, gdy blask latarni oświetlił jego twarz, mściciel zauważyła że mężczyzna ma szare oczy i ciemne włosy. Ideał. Ale Evening nie miała nastroju na amory, albo tak tylko jej się zdawało. Może nocna atmosfera bardziej ją ośmieli. Jak zwykle w takich sytuacjach nie wiedziała co ma zrobić z dłońmi. Skrzyżowała je więc na piersiach, a palce zanurzyła w materiale płaszcza. Szła swobodnie, patrząc raz pod nogi, raz przed siebie, czasem w okna domów, ale to wszystko było wymówką, by móc ukradkiem spojrzeć na Jorana. Jakby nie patrzeć, wciąż była młoda, także naiwna. Do końca nie wyzbyła się tego dziewczęcego zabawnego zachowania. -Pochodzisz ze stolicy? I kim w ogóle był twój szef? Jeśli nie mam prawa wiedzieć, bo to jakieś "tajne", nie odpowiadaj... Rozumiem, że tutaj toczy się drugie życie Efehidonu, niedostrzegalne na zwykłych mieszkańców

Dragosani:
Dwójka ludzi weszła w jakąś boczną, ciemną uliczkę. Był to skrót do ulicy, przy której mieszkała Evening.
- Hm... mój szef to po prostu bardzo przedsiębiorczy człowiek. Znaczy niziołek - odpowiedział Joran. - Zajmujemy się różnymi sprawami. To może nie jakoś specjalnie "tajne", ale nudne. Nie ma o czym mówić. - Mężczyzna wzruszył ramionami. I wtedy zza rogu naprzeciw Evening i Jorana wyszedł jeszcze ktoś. Jakiś mężczyzna, tyle mogła Evening zobaczyć w mroku. Lekkie światło padało na jego twarz, dzięki czemu można było zobaczyć także ją. Joran wydawał się poznawać ją.
- Ty! - krzyknął. Był chyba zdziwiony obecnością obcego.
- Bry - odparł przybysz w czymś, co miało być chyba powitaniem. - No leć do swojego szefa. Powiedź mu o mnie. - Joran na to, nie zważając na obecność Evening, odwrócił się na pięcie i ruszył biegiem z powrotem. A może wiedział, że przybysz nic nie zrobi Eve? Któż to wie. Nie odbiegł jednak daleko. Obcy błyskawicznym ruchem wyciągnął zza pazuchy niewielki nóż i rzucił nim. Ostrze minęło pannę Antarii i wbiło się uciekającemu Joranowi w kark. Mężczyzna padł na bruk, martwy zanim całkowicie upadł. Przybysz zaś uśmiechnął się do Evening. Zrobił kilka kroków w jej stronę.
- Rzeczywiście wyglądasz prawie jak moja córka - stwierdził, tym samym wyjawiając swoją tożsamość, która zaraz potwierdził. - Jestem Jack i chyba możemy sobie wzajemnie pomóc.

Evening Antarii:
-Czyli nic ciekawego nie robi? Jasne, rozumiem...- zdążyła odpowiedzieć dziewczyna, gdy weszli w ciemną uliczkę. Za dnia ten skrót wyglądał bardziej przyjaźnie... Eve szybko pożałowała, że wybrała tę drogę. Adrenalina zaczęła płynąć w jej żyłach wzmagając czujność i gotowość do ucieczki lub ataku. Nie od razu zorientowała się o co chodzi. Lecz Joran zaczął pędzić ile sił w nogach w kierunku powrotnym. Na daremno - ostrze noża dogoniło go, chłopak splunął krwią i padł na bruk. Nie było w nim już ani krzty życia. Dziewczyna zdążyła tylko odwrócić się za szarookim i posłać mu grymas pełen bezradności i szoku. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku spowodowanego tym nagłym zdarzeniem. Wiele razy już widziała śmierć - na szczęście nie zdążyła poznać go bliżej. Bo to przecież przez nią będzie leżał teraz w kałuży własnej krwi.
Jedyne co zdążyła zrobić Evening, to dobycie srebrnego sztyletu. Na razie chociaż tyle...
Jack zaczął zbliżać się do niej. Był opanowany i stanowczy, zachował zimną krew. Przynajmniej takie było pierwsze wrażenie. Bez wahania zabił pracownika Tybalda, pewnie nawet ręka mu nie drgnęła - dlatego był taki celny. Gdyby chociaż mściciel mogła się zdobyć na jakiś przemyślany ruchu.
-Czego ode mnie chcesz!?- warknęła w jego stronę. Parszywego tatusia miała ta Angelina...
Oczywiście mściciel miała plan w razie niepowodzenia czy potrzeby szybkiego ataku. Najpierw chciała dowiedzieć się, co do powiedzenia ma jeszcze Jack. Ona do niego żadnych interesów nie miała, szczególnie po tym. Jaki cel ma Jack w rozmawianiu z kimś podległym tylko królowi?

Dragosani:
Jack przyłożył palec do ust.
- Æśśś... - ucieszył Eve. Ruszył w jej kierunku, lecz nie zdradzał zamiarów ataku. Po prostu minął ją i schylił się nad ciałem zabitego mężczyzny. Wyrwał z jego karku nóż, oczyścił go z krwi o koszulę Jorana i schował broń. Potem kucnął przy ciele i przeszukał je. Znalazł dwa sztylety i pokazał je dziewczynie.
- Zapewne zamierzał ich użyć na tobie. Znam Tybalda, to podły bandyta, ale sam nie lubi brudzić rąk. - Odwrócił się do panny Antarii. - A teraz, przez całkowity przypadek, wpakowałaś się w to całe zamieszanie. Mogę tylko zgadywać co będzie próbował zrobić. Wiem, że szuka mojej córki. Oczywiście nie chcę dopuścić do tego, aby ją znalazł. Mógłbym liczyć na twoją pomoc? - zapytał.
- Nie można wszak dopuścić, aby niewinna dziewczyna wpadła w łapy kogoś takiego jak Tybald.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej