Tereny Valfden > Dział Wypraw

Wschód słońca

<< < (9/20) > >>

Evening Antarii:
Po obiedzie Eve poszła na górę przygotować się do spotkania z NIM. Nie, wcale się nie malowała i nie poprawiała włosów... No, może trochę. Przygotować musiała coś zupełnie innego. Wcale nie kosmetyki czy szczotkę do włosów ale sztylet i miecz. Ten pierwszy schowany po materiałem płaszcza, przypięty do pasa. Lecz miecz miał pozostać widoczny, nawet z daleka. Miał to być sygnał, że nie jest bezbronna. A poza srebrnym ostrzem dysponowała też magią.
Wzięła mapkę sporządzoną przez długouchą służkę. Przypomniała sobie też wskazówki przez nią dane. Miała trochę czasu na znalezienie Placu. Wyszła z domu i zmierzała uliczkami wyrysowanymi na kartce. Ciekawa była jak owe miejsce wygląda... Jednak przed wyznaczoną porą wolała pozostać bardziej z boku, nie wychylać się i nie stać na środku placu rozglądając się na wszystkie strony. To byłoby podejrzane. Miała plan podejść blisko, by móc dokładnie widzieć co dzieje się na Placu i może wśród ludzi uda jej się wyłapać ewentualnego JEGO.
Eve szła na razie znaną jej okolicą. Zobaczymy dokąd później powiedzie ją mapka.

Dragosani:
Szła i szła. aż doszła do okolic mniej znanych. W tym momencie przydała się mapka, oraz szczegółowe wyjaśnienia Safry, które to Evening doskonale pamiętała. Pokierowały one nią prosto na Plac Jaskółczy. Jako, ze dziewczę wolało trzymać nieco z boku, nie widziało całego Placu. Z ulicy na której znajdowała się panna Antarii, mogła ona dostrzec iż Plac Jaskółczy jest cóż, placem. Grunt pokrywał bruk, zaś na środku placu znajdowało się spore drzewo. Wyglądało na stary dąb. Pomiędzy jego gałęziami umieszczonych było kilka budek dla ptaków, zapewne stąd właśnie wzięła się nazwa placu. Albo też założono je właśnie przez te nazwę. Na oczach Evening z jednej z budek wyleciała jaskółka i poleciała sobie gdzieś w jaskółczych sprawach. Reszta placu była dość zwyczajna. Z jednej strony był mur, resztę otaczały budynki. Na placu znajdowało się kilka stoisk kupców, lecz zdecydowanie mniej niż na wcześniej odwiedzonym ryneczku. Pod drzewem, na ławce, siedział sobie jakiś chłopak i rzępolił na lutni. ÂŚpiewał przy tym jakaś piosenkę o mydle i kucharce, która mogła oddychać pełną piersią. Prócz niego na placu było także trochę innych osób. Zwyczajnych mieszkańców miasta.

Evening Antarii:
Miejsce, do którego dotarła istotnie było Placem Jaskółczym. Swe gniazda miały tu właśnie jaskółki, latające wokół drzewa na środku, a potem dalej ponad dachami. Właśnie teraz Eve przypomniała sobie jak bardzo nie lubi tych ptaków. Robią swoje gniazda w zakamarkach domów, pod dachami i brudzą wszystko... I w sumie takie do niczego nie potrzebne.  Nie miała jednak czasu na rozmyślanie nad tym. Przyglądała się zgromadzonym. Jej uwagę przykuł chłopak siedzący pod drzewem, który grał dziwną piosenkę. Pomyślała jednak, że to nie ON. ON nie wychylałby się tak będąc widocznym dla wszystkich przechodniów. Chyba, że to taki chwyt psychologiczny. Dziewczyna miała jednak nadzieję, że przynajmniej ON wie jak ona wygląda. Wszak otrzymała karteczkę, być może nie przez pomyłkę. To w jego interesie było znaleźć ją! Eve miała się jedynie stawić w tym miejscu po zmroku. Z resztą i tak nie wiedziała kogo szukać.
Włożyła ręce do kieszeni i spuściła głowę. Stanęła na uboczu pod ścianą jednej z kamienic. Od czasu do czasu podnosiła głowę, szukając tajemniczego gościa.

Dragosani:
Z czasem na placu było coraz mniej ludzi. Zbliżał się zmrok, właściwie był już tuż tuż, i ludzie zwyczajnie wracali do swoich domów. Jedynie muzyk pod drzewem nie wyglądał, aby miał sobie iść. Grał teraz jakąś skoczną piosenkę o wampirze i anielicy, która mogła oddychać pełną piersią. Szczególną uwagę w piosence zwracał uwagę właśnie na tę pełną pierś. Reszta tematów piosnki była tylko otoczką. W końcu skończył śpiewać, niemalże dokładnie w chwili, gdy słońce zaszło za horyzont. Oczywiście samego zajścia słońce nie było widać, odległy horyzont zasłaniały zabudowania miasta. Grajek rozejrzał się po placu, potem zerknął do kapelusza, który to leżał przed nim. Zaklął coś pod nosem, zapewne rozczarowany kwotą, która zebrał. Zgarnął monety do kieszeni, założył kapelusz na głowę i oddalił się, podśpiewując sobie piosenkę o kosturze driuda i elfce, która mogła.oddychać pełną piersią. Evening została na placu sama.
Przynajmniej do pewnej chwili. W końcu ktoś wszedł na płac. Z racji małej ilości światła ciężko było.go dostrzec i rozpoznać. Postać wyszła .a środek placu i rozejrzała się. Przybysz chyba zauważył Evening, gdyż ruszył w jej kierunku. Teraz dziewczyna mogła zauważyć, że to ork. Duży i brzydki, z pałka przy pasie.
- No to cho. Kazali cię przyprowadzić od razu - powiedział, chyba rozpoznając, że Evening to właśnie ta, która dostała list.

Evening Antarii:
Brzmiące piosenki jakoś dziwnie pasowały do jej sytuacji. Pewnie to tylko zbieg okoliczności, albo Eve wmawiała coś sobie. Tak jak z efektem horoskopowym. Każdy opis pasuje do osobowości człowieka. Na szczęście grajek wreszcie skończył grać. Plac i tak już opustoszał - więcej nie zarobi. Lekko zrezygnowany wstał i poszedł sobie.
Jednak nie na długo Eve została sama. Nagle skądś wyszedł ork, wielki i brzydki, przerażający na swój sposób. Mogła się tego spodziewać... Jakiejś porządnej obstawy, którą otoczy się ON. Z pewnością nie byłoby to spotkanie oko w oko. Ale kto wie.
-No to idę- odburknęła. Gdyby wzywała pomocy nikt by nie usłyszał. Ludzie w domach pewnie nie przejęliby się jej wrzaskami i nie chciałoby im się ruszyć z domów na pomoc. Z jednym orkiem nie jest tak trudno się rozprawić. Gorzej, gdy będzie ich cała zgraja. Lecz mściciel nie należała do tych strachliwych. Wiedziała, że musi zachować czujność za wszelką cenę. Przecież bardzo chciała poznać ową TAJEMNICÊ.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej