Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Kojący dotyk Enart. Odkrywanie tajemnicy archipelagu Chatal.

<< < (57/184) > >>

Creed Canue:
Elf bardzo był zmęczony, gdyż przeturlanie tylu beczek o takiej wadze przy jego umięśnieniu to było bardzo męczące. Creed po chwili dopiero zobaczył dziwne posągi które były odwrócone do siebie, trochę się zdziwił dlaczego one są ustawione w taki sposób z czymś co wyglądało jak kostur, ale te postacie były podobne do elfa. Creed popatrzył się w przód i zobaczył dziwną zakapturzoną postać, trochę się przestraszył więc wyciągnął miecz i się trochę cofną.

Nawaar:
Dhampir latał tam i z powrotem za beczkami, które toczył ze statku na plażę a później kawałek w las. Następnie towarzysze toczyli beczki dalej przez las w taką pogodę było ciężko, cokolwiek robić a zwłaszcza pchanie 50 kilogramowych beczek po ciężkiej przeprawie, przez morze i walkę z masą umarlaków tuż, po cudownym ocaleniu! Silvaster patrzył cały czas pod nogi, kiedy pchał beczkę a jego obklejone od potu włosy zachodziły mu na oczy przysłaniając dalszą widoczność. Długowieczny oddychał dosyć ciężko i ze zmęczenia zaczął się już bujać na boki brnąc cały czas przed siebie dopóki, nie dotarli na płaskie równiny i się nie zatrzymali, bo wtedy uniósł głowę odrzucając brudne włosy na bok. Wtedy jego czarne oczy dojrzały dwa posągi skierowane do siebie. Wyglądało to, jakby dwójka królów spoglądała na siebie, ale jeden wydawał się nieco starszy od drugiego. Widocznie to był ojciec i syn, król i następca tronu! W każdy razie tak mu się wydawało na obecną chwilę. Jednak posągi to było nic, bo wyszedł za nimi jakiś mężczyzna! ÂŻywy człowiek kierował się w stronę towarzyszy z początku dhampir myślał, że ma halucynacje od zmęczenia, ale inni członkowie wyprawy potwierdzili, że to nie zwidy. Silvaster przyglądał się postaci, która była odziana w płaszcz i nic, poza nim nie dało się dostrzec, ale była cała i poruszała się dość wolno, to pewnie zasługa pogody! Długowieczny patrzył na postać, nie odzywając się, nie dlatego, że nie chciał, ale z powodu zmęczenia i tego, że pierwszy powinien przemówić ten, kto ich tutaj sprowadził czyli Salazar!       

Melkior Tacticus:
Ki czort? Ponoć nic i nikogo nie miało tu być. Ręka jakoś tak odruchowo położyła się na rękojeści sihila, ten archipelag był dziwny. Zbyt dziwny, zombie i szkielety nie powstają same z siebie z tego co wiedział Melkior. Ale jego wiedza o magii była niemal zerowa. Tymczasem zbliżało się do nich "coś". A Salazar chyba wiedział więcej niż mówił.

TheMo:
Themo po skończonej walce zajął się noszeniem prowiantu. Teren niezbyt sprzyjał turlaniu beczki, co chwilę napotykał na wystający korzeń czy kępkę roślinności. Jednak praca został przerwana przez tajemnicze niewiadomoco. Podszedł bliżej towarzyszy i położył dłoń na rękojeści swego srebrnego sztyletu. Wszak to cmentarzysko okrętów pełne było istot niechcących umierać. Tak przygotowany czekał na rozwój wydarzeń.

DarkModders:
Jaszczur był strasznie zmęczony. Słońce przypiekało w pancerz co powodowało że za przyjemnie mu nie było. Podniósł głowe i spojrzał przed siebie. W naszą strone szedł dziwny jegomość. Kurwa, mam zwidy czy co? przeszło mu przez mysł patrząc w... to coś. Przerał oczy i popatrzył jeszcze raz. Nie miał zwidów, to coś istniało na prawde i idzie w ich kierunku.
- A to co? Miało tu nikogo nie być. - powiedział do stojących obok kompanów.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej