Królestwo Valfden > Ekkerund
Kopalnia [praca]
Lucjusz Vangraf:
Spacerując zauważyłeś krasnoluda z kilofem w ręce, pilnującego wejścia do jaskini. Gdy podszedłeś bliżej, usłyszałeś nawoływanie.
- Ej ty tam! Podejdź no bliżej, widzę że masz krzepę, nie chcesz może sobie dorobić? Wydobywamy tutaj rudy metali tak potrzebnych do kucia przeróżnych rzeczy. Niestety chłopaki nie dają już rady. Stawka godzinowa zaczyna się od 20 grzywien i rośnie. Jeśli przerobisz dniówkę i nie padniesz ze zmęczenia, mam na taką okazje bonus w postaci 40 grzywien. To jak, decydujesz się? Kilofy są w środku.
Zarobki:
1 godzina - 20 grzywien
2 godzina - 20 grzywien
3 godzina - 30 grzywien
4 godzina - 30 grzywien
5 godzina - 40 grzywien
6 godzina - 40 grzywien
+ 40 grzywien premii za przepracowanie 6 godzin w jednym dniu
Wymagania:
- W kopalni możesz pracować codziennie tylko i wyłącznie do 6 godzin. Co godzinę (z dopuszczalną odchyłką 10 minut) musisz napisać jak pracujesz, inaczej dostaniesz wypłatę za 1 przepracowaną godzinę. Post powinien zawierać co najmniej 3 linijki opisu własnej pracy.
- Chcąc się zatrudnić na dany dzień jesteś zobowiązany do napisania w tym temacie.
- W czasie pracy nie możesz znajdować się na zadaniach czy wyprawach. Również nie możesz przebywać w domach, zakładach czy sklepach innych graczy oraz w instytucjach takich jak np. Ratusz czy Skarbiec.
- Nie możesz pozyskiwać żadnych metali.
Rengar:
Watu przepracował trzy pełne godziny po czym trochę mu się przysnęło, zaraz po tym jak się obudził poszedł po wypłatę.
-przepracowalem trzy godziny i przyszedłem po wypłatę - powiedział Watu.
822+70=892g
Patty:
--- Cytat: Watu w 27 Październik 2019, 09:24:24 ---Watu przepracował trzy pełne godziny po czym trochę mu się przysnęło, zaraz po tym jak się obudził poszedł po wypłatę.
-przepracowalem trzy godziny i przyszedłem po wypłatę - powiedział Watu.
822+70=892g
--- Koniec cytatu ---
- Oto twoje pieniądze.
Raymund:
Droga do Ekkerund okazała się... interesująca. Pomijając szczegóły pokroju celnika-zboczeńca czyhającego na nadbrzeżu przy przeprawie promowej i złodziejaszka woźnicę, z którym jechał przez kawałek drogi, a który to chciał podebrać mu kilka drobnych z sakiewki (których to Raymund nie posiadał w ogóle, jak woźnica zauważył), to wszystko wyglądało wcale przyjemnie i dotarcie na miejsce przebiegło, jakby to ujął klasyk, bez rozlewu krwi i innych codzienności.
Na miejscu bez większych ceregieli skierowano go do składzika, skąd odebrał o wiele za mały hełm, który miał chronić jego głowę przez odłamkami skał i przypadkowymi upadkami, kilof, którym miał rozbijać kawałki skał i lampę, która miała mu oświetlać coraz to ciemniejsze zakamarki ciasnych i dusznych tuneli. Stanął więc w kolejce z resztą zebranych i czekał, aż zaczną schodzić w dół. Coraz niżej i niżej...
//Godzina numer 1.
Raymund:
Ciemno, bardzo ciemno. Raymund nie zdawał sobie sprawy, że może tutaj być tak duszno i mimo wczesnej jesieni, tak ciepło. Niby słyszał i wiedział, że im głębiej, tym cieplej, ale jednak zaskoczenie nieco go w tym temacie uderzyło. Zjeżdżali więc na obwiązanej linami windzie coraz niżej i niżej, aż wreszcie z jakimś dziwnym chrzęstem wszystko się zatrzymało, że aż ich kierownik, niski niczym krasnolud krasnolud, spojrzał ze zdziwieniem wokół siebie, ostatecznie machnął ręką, splunął na czarno i ruszył rześko przed siebie.
Rzucił kilka słów w jakimś żargonie, trójka z nich rzęsiście się zaśmiała, reszta spojrzała tylko po sobie, ewidentnie będąc tutaj na tyle krótko, by niczego nie zrozumieć. Raymund był jednym z nich, który schylił głowę w kilku przejściach, by nie zorać kamieni swoją czupryną. Ewentualnie nie splamić ich swoją posoką wymieszaną z gęstym, zlepionym włosiem. Kilof trzymał blisko piersi, niemalże najdroższą sobie relikwię.
//Godzina numer 2.
Raymund:
Szkoda, że chusta przewiązana przez twarz, przykrywająca nozdrza i usta, już dawno straciła smak pyłu, teraz śmierdzi tylko potem i łojem. Raymund miał dziwne wrażenie, że nie jego potem i nie jego łojem, taki smród się z niej roznosił. Mdlił go w trzewiach, za każdym razem gdy chciał głębiej odetchnąć lub przełknąć lepką ślinę. Niewielkie łyki wody raz na jakiś czas z niewielkiego bukłaka ledwie niewiele dawały pocieszenia, niewiele dodając do niewielkiego i tak wachlarza niewielkich kłaków niewielkich włosów w niewielkiej, ciasnej krtani.
Bum! Bum! Bum! Skały spadały powoli, zbyt powoli, jak na upływający czas. Człowiek myślał tylko o tym, żeby się stąd wydostać, ale jak pracować nie będzie, to zapłacić mu nie będzie kto. Dlatego tłukł i tłukł, wyciągając niewielkie elementy skał z każdego zakamarka ubioru, które na pewno trzeba będzie spalić i zakopać. Nie wiedział jeszcze w której kolejności.
//Godzina numer 3.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej