Tereny Valfden > Dział Wypraw

Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy

<< < (20/53) > >>

Funeris Venatio:
Funeris zszedł na sam dół, cały czas mając przeświadczenie, że towarzysze podążają za nim. Pokonał ostatnie stopnie krętych schodów i znalazł się na kawałku wolnej przestrzeni, która przechodziła w krótki korytarz i dalej jakąś salę. Gdy stanął na samym dole, czekał chwilę na resztę, lecz nikt się nie pojawiał. Mijały nieznośnie długie sekundy wyczekiwania, gdy spoglądał to na schody, to na korytarz, nie wiedząc skąd ma się spodziewać czegokolwiek. Zebrał w sobie szczyptę magicznej energii, skumulował ją w lewej dłoni i uniósł ją nad głowę, wypowiadając słowo Elisash. Dracoński wyraz zadziałał jak katalizator i po chwili nad aniołem pojawiła się niewielka migocząca kula, która rozświetlała najbliższą okolicę. Funeris nie dostrzegł niczego szczególnego w najniższym poziomie schodów, korytarz też wyglądał zwyczajnie. Na schodach, gdzie przed dosłownie sekundami stali jego towarzysze, jego przyjaciel i ukochana, nie było teraz nikogo. Widział wyraźnie pnące się w górę stopnie, lecz nie mógł za nic w świecie spostrzec nawet śladów tych, z którymi tutaj przybył. Jakby zniknęli, wyparowali, bądź po prostu zmienili zdanie i teleportowali się do domów. Niezbyt rozumiejąc, pochwycił mocniej Nelthariona, wyglądając za załom, badając przejście. Uznał, że nie ma co mitrężyć i ruszył w głąb. Po ledwie kilku metrach skręcił łagodnie w prawo i wyszedł do okrągłej sali, która musiała robić za coś w rodzaju kantyny, gdyż znajdowały się tutaj rzędy ław i niewielka wysepka gospodarcza, gdzie pewnie rozdawano posiłki. Na ścianach wisiały insygnia królewskich oddziałów szturmowych, tzw. "pacyfikatorów". Hetman koronny zawsze posyłał ich do boju, gdy trzeba było stłamsić jakieś zarzewie konfliktu, zrównać z ziemią zbuntowaną wioskę, czy przejść szturmem przez zdobyte już miasto. Byli świetni w grabieniu, paleniu, gwałceniu i rabowaniu. A teraz siedzieli tutaj wszyscy, czekając jakby na kogoś.
- Patrzcie, obudził się wreszcie - powiedział setnik pacyfikatorów, wstając zza swojej lawy i podając Ci prawicę. Zaprowadził do siebie i wskazał wolne miejsce tuż obok siebie, pośród elity oddziału, najzajadlejszych wojowników królewskiego wojska jego wysokości Meaneba.
- No, opowiadaj, mistrzu - powiedział jeden z nich, ten łysy z szarfą przewiązaną wokół szyi. Chudy, żylasty, o dziwnych oczach i nieprzyjemnych uśmiechu. Oblizał się nieznośnie i puścił oczko w stronę kumpla z prawej, który szturchnął go przyjacielsko.
- O czym, panowie? - odezwał się wreszcie Funeris, nie bardzo rozumiejąc co się tutaj dzieje. Obrócił się za siebie i popatrzał po sali, próbując rozeznać się w tej dziwnej sytuacji. Instynktownie już skręcił nieco barkami, żeby skrzydła nie przesłaniały mu widoku, lecz... nie miał skrzydeł. Serce na moment mu stanęło, przestając pompować krew do całego ciała. On tylko spokojnie, nie dając po sobie niczego poznać, odwrócił się w stronę kompanii. Zbladł nagle, czując przerażenie.
- No o tym, jak torturowałeś i gwałciłeś tę szlachciankę. Jak jej tam było? Pantarii? Antarii? No tego Wieczorka - rzucił dowódca. Ryknął śmiechem, a za nim ryknęła cała kompania. Po chwili cała sala nie mogła powstrzymać się od gromkiego i szczerego rozbawienia, uderzając pięściami w stoły i domagając się opowieści. Funeris nie rozumiał nic, w głowie miał pustkę.


- Spokojnie, skarbie, spokojnie. To musiała być jakaś iluzja, pewnie potężna, ale tylko iluzja. Jesteś teraz tutaj ze mną, nic Ci się już nie stanie, obiecuję. - Przytulił swoją narzeczoną i tak jak to miał w zwyczaju, okrył ją swoimi skrzydłami. Evening poczuła się przez moment bezpieczna, odseparowana w tym kokonie od reszty świata, od całego tego zła dziejącego się wokół. Po krótkiej chwili błogości poczuła jednak, że coś jest nie tak. Od Funerisa biła miłość, ale było to uczucie jakby blade, na swój sposób rozgrzane do czerwoności, ale dziwnym blaskiem. Nie było to to samo, co czuła, gdy spędzali we dwoje długie wieczory, leżąc w ciepłej pościeli, rozmawiając albo nie odzywając się w ogóle, delektując się sobą. Czuła jakiś dziwny dystans, sztuczność. Nie potrafiła tego nazwać.


Lucas chwilę wspinał się na sam szczyt, regularnie pokonując kolejne metry liny. Szczyt studni był coraz bliżej, zakonnik czuł już świeży oddech nocnego nieba na swojej twarzy. Niebo gwieździło się przepięknie, rozświetlając nieboskłon tysiącami niewielkich światełek. Człowiek wreszcie wygramolił się na sam szczyt, przewiesił przez ocembrowanie i runął jak długi na zieloną trawę porastającą ziemię wokół. Z przymkniętymi oczami, wyrównując oddech, uderzyła go wrzawa. Wrzawa wiwatującego tłumu, który skandował imię Lucasa Paladina, czempiona turnieju. Rycerz otworzył nieśmiele oczy i spostrzegł, że znajduje się na trawiastym placu. Wokół niego zbudowano trybuny, na których siedzieli ubrani kolorowo ludzie, wiwatujący i cieszący się. Jedli obwarzanki, trzymali kufle piwa i miodu. Wszędzie paliły się pochodnie, a jarmark trwał w najlepsze. W niedalekiej odległości od Lucasa, dosłownie do jakieś dziesięć metrów, znajdowały się inne studnie, z których zaczęli wychodzić inni odziani w stal rycerze. Nieco zawiedzeni,  że to Lucas wydostał się pierwszy, mimo wszystko radowali się. Jeden z nich podszedł do niego od tyłu, klepiąc go po ramieniu i mówiąc serdecznie:
- No, przyjacielu. Myślałem, że tym razem Cię pokonam. - Tego głosu nie dało się pomylić z żadnym innym. Spokojny, wyrachowany, obyty. Głos serdecznego kompana, przyjaciela, brata zakonnego. Gdy odwrócił się w jego stronę ujrzał najpierw stalowy napierśnik z wymalowanym nań Radawnem, herbem rodu Venatio, a potem twarz samego Funerisa, którego ślepe oczy zdradzały przerażającą pustkę i nicość. Rozgwieżdżone niebo nad ich głowami miało w sobie więcej życia niż te blade i nieznośne spojrzenie wielkiego wojownika.

Evening Antarii:
Słowa anioła były pokrzepiające. Kontrastowały ze wszechobecnym złem i ponurą atmosferą starego młyna, z podziemiami emanującymi potężną, magiczną energią. Evening wciąż przeżywała te zmiany scenerii w jej głowie. Wszystko przyjmowała z dystansem. Wiele by oddała, by znaleźć się teraz w domu, z kufelkiem pełnym ciepłej herbaty w dłoni, w całkowicie realnym otoczeniu, nie będąc nękaną przez okropne wizje. Lecz nie po to trenowała swą duszę i ciało przez te kilka lat, by leniuchować w domu i nie być pożyteczną. Posługa bractwu była jej celem i przypominała to sobie w chwilach zwątpienia. Wychowana przez rodziców w taki sposób, by nie być ciężarem, a pomocą. Nauczona, by stawiać opór złu i przysłużyć się w walce o najważniejsze sprawy. To kiełkowało w niej długo, lecz teraz mogła przyznać, że całkowicie się w tym spełnia.
Wtulona w Funerisa, jak wiele razy przedtem, czuła ukojenie i spokój. Choć potem zdawało jej się to dziwne... Nie były to takie same, identyczne uczucie, jakich doświadczała wcześniej... Zasmuciła się nieco, ale winę zrzuciła po prostu na panującą tu aurę. Odsunęła się o kilka centymetrów by spojrzeć w jego mgliste oczy.
Zdała sobie sprawę, że zaszła w nim spora zmiana po wydarzeniach, które miały tu miejsce. Nie miała jeszcze okazji dowiedzieć się, jak bardzo wpłynęło to na jego psychikę i jak głębokie blizny na niej zostawiło. Od jego powrotu minęło niewiele czasu - wystarczająco by dojrzeć przemianę, ale niewystarczająco, by ocenić jej dalsze skutki.
-Już wszystko w porządku-przyznała, choć jej wzrok wędrujący po jego twarzy był dość podejrzliwy, a przynajmniej pełen niepokoju.

Funeris Venatio:
...


Funeris uśmiechnął się na te słowa, głaszcząc ją po policzku. Ucałował w czoło i schował miecz do pasa. Patrzył się głęboko w oczy kobiety, starając się ją uspokoić, a po chwili zbliżył swoje usta do jej ust, zaczynając całować. Evening poddała się na początku, a on kontynuował. Objął ją znowu, przycisnął do siebie. Jego wargi szukały jej warg, nie dając jej wytchnienia. Po krótkiej chwili zapomnienia kobieta poczuła, że Funeris robi się agresywny. Była coraz mocniej przyciskana do jego ciała, jej piersi były zgniatane przez jego tors, a jej zaczęło brakować tchu. Już nie namiętne, ale raczej natarczywe pocałunki nie dawały jej chwili wytchnienia, a ona czuła coraz większy mrok bijący do mężczyzny stojącego przed nią. Brak tlenu i coraz mocniejszy uścisk w klatce piersiowej zaczął tłumić postrzeganie. Evening sukcesywnie zaczęła odpływać, dusząc się. Mężczyzna przed nią chciał ją zabić. I nie był to jej narzeczony.


...

Evening Antarii:
Evening zdziwiło, że Funeris nabrał takiej ochoty na pocałunki akurat w takim momencie. Ale nie protestowała, tylko odwzajemniała pieszczoty. Owszem, było jej przyjemnie, lecz tylko przez chwilę. Poczuła nagle jak ukochany zaczyna ją dusić, nie pozwala złapać oddechu, trzyma mocno, by nie mogła się wyrwać. A ona zaczęła szarpać się rozpaczliwie, gdyż całkowicie straciła kontrolę nad sytuacją. Chciała się uwolnić z tego zabójczego uścisku, ratować się ucieczką, złapać choć jeden oddech.
To już nie był Funeris, raczej kolejna zła wizja i imaginacja. Może pewna forma demona, która przyjęła kształt i wygląd anioła.
Starała się go odepchnąć od siebie z całych sił, lecz zaczynało jej ich braknąć. Z braku tlenu, przyciśnięta do ściany, poczuła panikę i bezradność. Rozpaczliwie namierzyła jakiś punkt za ciałem przeciwnika, bo właśnie tym był teraz Funeris, a przynajmniej jego "sobowtór". Przy pomocy odrobiny boskiej energii przemieściła się tam, gdzieś za jego plecami. Po zmaterializowaniu wzięła głęboki życiodajny oddech. Potem pchnęła w mężczyznę telekinetycznym impulsem, który zwykłego śmiertelnika mógłby zwalić z nóg i przesunąć po podłożu o kilka metrów. Jak zachowa się "to coś" - nie wiedziała. Dobyła srebrnego miecza, czekając na rozwój sytuacji. Czekając aż okaże się, z czym właśnie ma do czynienia...

Funeris Venatio:
Funeris siedział na ławie, nie wiedząc, co zrobić. Tyle nieznajomych mu twarzy przyglądało mu się teraz, bawiąc się w najlepsze i rechocząc do zatracenia. Gromki śmiech nie ustawał, trwał jeszcze kilkanaście sekund, może nawet i pół minuty. Funeris nie ruszając zbyt gwałtownie głową chciał rozejrzeć się po komnacie, sprawdzając jej wygląd. Trzy rzędy długich ław, mały niby barek, dwoje wyjść. Jednym tutaj trafił, drugim mógł teoretycznie się uwolnić. Nie miał pojęcia co go czeka za tymi wrotami tajemnicy, czego się może spodziewać i czy nie wpakuje się w jeszcze większą kabałę. Oceniał również ludzi siedzących wokół. ÂŻaden z nich nie miał broni. Byli w kantynie, zamkowym pomieszczeniu przeznaczonym do spędzania czasu przy piwie, gorzałce i jadle. To nie był plac ćwiczeń, ani kapitularz Bractwa ÂŚwitu, gdzie występowało się często w pełnym rynsztunku, pokazując się w pełnej krasie paladyna czy rycerza. Tylko on miał przy sobie swój rynsztunek, z tarczą na plecach i sztyletem za pasem włącznie. Dostrzegł, że kilku siedzących w kącie również było pod bronią, widocznie dopiero co wrócili do obozu, nie mając czasu zdać ekwipunku do kwater czy zbrojowni.
Myślał więc intensywnie, lustrując nieznanych mu towarzyszy, którzy zdawali się znać go nad wyraz wręcz dobrze. Gdy śmiechy powoli zaczęły ucichać, on już wiedział. Miał naprędce przygotowany plan, który za moment chciał zrealizować, wprowadzając go w życie. Wzrok kompanów wędrował znowu na niego, wyczekując rozpoczęcia opowieści. Mniej więcej w momencie, gdy ogarniająca jego duszę cisza osiągała crescendo, wybuchł. Pochwycił kufel dowódcy siedzącego obok niego i zdzielił go nim prosto w twarz. Tamten od razu zalał się własną krwią, odłamki wypalonej krzemionki dostały mu się do oczu, całkowicie odbierając wzrok, raniąc cały wstrętny pysk. Reszcie zajęło nieco zbyt długo zrozumienie tego, co się właśnie wyprawia. Funeris zdążył już podnieść się z ławy, wyrzucając ją samą przed siebie telekinetycznym impulsem wspomaganych potężnych odepchnięciem pancernego buta. Neltharion był już w jego prawej dłoni, Radwan zaś miał przewieszony przez lewe ramię. Chlasnął na odlew w stronę tych za nim, rozłupując za jednym cięciem kilka łbów. Cała sala podrywała się właśnie z miejsc, rycząc przeciągle i ruszając na niego. Rębacze pod bronią zablokowali wyjście, do którego miał zamiar się udać. W plecy ktoś zdążył go zdzielić niewielką ławkę, na której siedział, więc anioł stracił nieco równowagę. Odepchnął napastnika z lewej, drugiego zdzielił tarczę po głowie, trzeciemu miażdżąc grdykę szpicem swoją rycerską blachą z wymalowanym złoto-czerwonym herbem. Chorągiew kościelna splamiła się krwią, a zaraz do niej dołączył i Neltharion. Funeris nie przejmował się finezją, w końcu przeciwnicy nie mieli osłon i oręża. Rąbał przed siebie i za siebie, chcąc sięgnąć jak największą ilość przeciwników. Ci w pewnym momencie stanęli, nie podchodząc bliżej, gdy Funeris dwukrotnie wrzasnął przed siebie Izeshar!, spopielając następnych.


Evening odzyskała wolność i stopniowo odzyskiwała tlen. Funeris stał przed nią, właśnie podnosząc się z kolan, na które posłała go jego własna narzeczona.
- Już mnie nie kochasz, Wieczorku? - spytał się szyderczo, brzmiąc strasznie, zimno, roztaczając aurę zepsucia. Anioł Zartata emanował tak mroczną energią, że nawet kompletny laik zauważyłby, że jest to tylko powłoka. Misternie przygotowana, w środku której drzemało zło. Evening czuła bardzo wyraźnie, że było to zło potężne. Obrazu grozy dopełnił fakt, że baron Venatio stanął w ogniu. W zimnym, nieprzyjemnie migoczącym i mamiącym zmysły ogniu, paląc się od wewnątrz i na zewnątrz. Pióra na jego skrzydłach zmieniały barwę na czarną, on sam również ciemniał. Jego karnacja przybierała kolor popiołu, pokrywając całego jego ciało. Napierśnik z szarej rudy rozpękł się, upadając na posadzkę w chwili, gdy korpus Funerisa powiększył swoją objętość. Jego tors przecinały migoczące na czerwono żyłki, w których tętnił żywy ogień.
- Nie przytulisz mnie?

//Przeciwnik ma pełne statystki Funerisa (dostępne w mojej karcie postaci). Do tego po prostu płonie na 25 punktów obrażeń od ognia.


...

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej