Tereny Valfden > Dział Wypraw
Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy
Funeris Venatio:
//No ale jesteś gracz, a mamy czterech NPC. No i masz stanowisko, wystarczy wydać rozkaz. ;)
Funeris Venatio:
Goler dołączył do Lucasa i dał mu znać, że zostanie na straży tylnej, pilnując ich pleców. Da znać, gdy coś złego się będzie działo.
ÂŚwiatło rozświetlało mroki. Te panujące w tunelu i te gnieżdżące się w umysłach. Funeris otrząsnął się, patrząc na Evening. Dodawała mu wielkiej siły, bez niej pogubiłby się totalnie, zatracając w jakimś szaleństwie, oddając swój umysł mrocznemu.
- Jakbym zaczął mamrotać, strzel mnie w twarz, Wieczorku. Możemy się na to umówić? W pysk, z całej siły. - Głos Funerisa był zupełnie poważny, ale jak najbardziej normalny, trzeźwy i niezmącony.
- Elisash - powiedział również, zbierając odrobinkę magicznej energii i formując ją w kulę światła. On jednak posłał swoją dzięki telekinezie nieco do przodu, żeby jak najbardziej zwiększyć zasięg widzenia. Ujrzeli więc przed sobą korytarz ciągnący się przez około trzydzieści pięć metrów, a na końcu niego zobaczyli spiralne schody prowadzące w dół.
- Ciekawe, czy moja krew jeszcze na nich jest... - rzekł sam do siebie.
Evening Antarii:
Na szczęście w ciemności nie czekały żadne demony, ani mniejsze bestie. Nawet pająków nie musiała się bać, bo te na zimę zaszywają się w bezpiecznym miejscu. Jak na razie - badali teren opuszczonego młyna, choć te ślady mogły jednak świadczyć o czyjejś obecności. Był to to najzwyklejszy korytarz, choć trochę ponury. Dodatkowo ostatnie słowa Funerisa pobudziły jej wyobraźnię, więc mimowolnie zaczęła szukać śladów krwi. Tak jakby one miały opowiedzieć jej tę straszną historię. Swoją kulę dzięki telekinezie przesunęła trochę w tył za ich plecy.
-W twarz? Ale tak mocno? Nie ma sprawy- odparła, ukrywając dłonią swój cichy chichot. Nie, żeby zawsze chciała to zrobić ale... raz na jakiś czas każdemu mężczyźnie należy się porządny policzek!
Spiralne schody prowadziły w dół, czyli pod powierzchnię ziemi.
Teren ruin wydawał się jej opuszczony już jakiś czas temu. Jednak wciąż nie opuszczało jej uczucie tego, że coś za chwile może wyskoczyć zza rogu. Nie wiedziała dlaczego tak jej się zdawało... Może to wina aury tego miejsca, panującego zimna i rozdrażnienia?
-Chcesz iść pierwszy? - spytała. Być może on zna drogę lepiej... niestety.
Funeris Venatio:
- Nie tyle chcę, co powinienem - rzucił jej, chwytając pewnie Nelthariona. Odetchnął bardzo głęboko i zrobił krok do przodu. Jego okuty but uderzył o kamienną posadzkę z nieznośnym echem niosącym się wokół, budzącym pewnie nawet istoty zmarłe przed wieloma wiekami. Ruszyli więc. Funeris z przodu, za nim Evening, dalej Derek, Monte i Palmer. Na końcu powinien znajdować się Lucas, jeżeli już do nich dołączył. Anioł nie obrócił się żeby sprawdzić, ufał przyjacielowi bez tego.
Dojście do schodów zajęło im chwilę, a tam ujrzeli wyraźniej wcześniejszą klatkę schodową. Wykonana z kamiennych stopni, z delikatnie zarysowaną poręczą wystającą ze spiralnej tuby biegnącej prosto w dół. Z tej wysokości trudno było określić jak głęboko sięga, ale wojownik pamiętał, że raczej głęboko. Tak jak się spodziewał, jego krew została nietknięta. Zaschnięta i rozmazana, znacząca teren wstęgą, ale ciągle obecna. Krew człowieka, który stał się aniołem. Krew człowieka, w którego duszy siedział demon. Krew Funerisa Venatio, Skażonego.
Nie mówił ani słowa, odwrócił się tylko do ukochanej i mieczem wskazał jej na posadzkę, gdzie czerwone plamy odznaczały się na raczej szarym kamieniu. Teraz dopiero spojrzał, czy Lucas już dołączył.
Lucas Paladin:
Lucas był zadowolony, że mógł osobiście pilnować Evening i Funerisa, na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Sięgnął po Zwiastuna i ruszył do środka, za swymi przyjaciółmi. Korytarz był ciemny, rycerz więc skorzystał z kuli światła:
- Elisash! - szepnął słowa inkantacji, które spowodowała, że przed Lucasem zmaterializowała się niewielka świetlista kulka, którą ten przepchnął telekinezą nad głowę. Postąpił dalej przed siebie, mając nadzieję, że szybko dogoni te dwójkę. Gotów był w razie czego, do wykorzystania kolejnego zaklęcia bojowego, gdyż drugą rękę miał wolną. Buzdygan z czarnej rudy wciąż delikatnie kołysał się w prawej dłoni rycerza.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej