Tereny Valfden > Dział Wypraw
Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy
Evening Antarii:
Funeris niewiele mówił, co przytłaczało i niepokoiło. Najsilniejsza boska istota w grupie rycerzy, a zdaje się, że pokonują ją bolesne obrazy z ostatnich miesięcy. Co roiło się w jego głowie, dziewczyna nie mogła sobie nawet wyobrazić. Wiedziała już, że źródłem cierpienia jest młyn, jak się okazało. Całe to miejsce emanowało złą energią. Było ponure i nieprzyjemne. Miejsce jego tragedii.
Hej... przecież mało być coraz lepiej... Obiecała mu to.
Czarna noc otaczała ich. Wokół ani płomyka nadziei, jedynie Lucas utrzymywał swe światło sprawiając, że wędrowcy z Bractwa byli jedynym blaskiem Zartata na tym pustkowiu. Ta niewiedza, co czeka za rogiem, czy demon czy zwykła płocha zwierzyna leśna, wszystko to przytłaczało Eve. Martwiła się o dalsze reakcje Funerisa w miarę zbliżania się do młyna.
Czerwona plama rosła spokojnie. Malowała napierśnik anioła na piękny szkarłatny kolor. I białe pierze wyraźnie odznaczające się na tle nieba pokrywała krew. W miarę czasu pod czaszką Eve kiełkowały jakby zaczątki myśli, bo zdawało jej się jakby mijały długie minuty, a nawet godziny, a minęło zaledwie kilka sekund. I rosły w jej głowie myśli, plan działania, i w powolnym tempie docierały do niej słowa rycerzy pełne przerażenia. Powoli przedzierały się najpierw przez skórę, potem kości, wnikały do mózgu powoli lecz dobitnie i miarowo. Pełne niedowierzania "Zartacie"... Sama już nie wiedziała co jest jawą a co snem - wszystko zlewało się w jedno. Ziemia z niebem, głosy nawzajem ze sobą i głuchą ciszą, rżenie koni z mową ludzką, światło z ciemnością. Równie dobrze powiększająca się plama krwi mogła być zwidem. Spojrzała po rycerzach z niedowierzaniem.
Po kilku sekundach ocknęła się, choć wydawało jej się, że minął ogromnie długi odcinek czasu od momentu, gdy zauważyła krew na jego napierśniku. ÂŹrenice rozszerzyły się momentalnie, zdrowy rozsądek kazał działać. Jednym pociągnięciem lejcy kazała Caledusowi zawrócić niemal w miejscu.
-Chrońcie resztę! Pilnujcie tyłów i boków!- wykrzyknęła dziwiąc się dźwiękowi jej własnego głosu. Może zbytnio panikowała i dała zwieść się wyobraźni? Teraz nic nie było pewne. Nieważne czy realny czy nie, widok krwi na piersi jej narzeczonego wstrząsnął nią, a co najmniej zbił z tropu. Ufać zmysłom?...
Stanęła obok Yody i wyciągnęła dłoń w stronę plamy na napierśniku...
Funeris Venatio:
Plama była jak najbardziej realna. Twarz Funerisa pozostała jednak całkowicie niewzruszona, on sam zdawał się nie zwracać na nic uwagi. Jechał przed siebie zapatrzony w jakiś punkt, prawdopodobnie właśnie w ów zniszczony młyn, który lata świetności miał dawno za sobą. Dłoń Evening pokryła się lepką cieczą, która u każdej istoty na świecie płynie w żyłach i tętnicach, pompując krew do wszystkich organów. Anioł był jednak nadzwyczaj spokojny, zupełnie inaczej niż wszyscy wokół. Dwójka rycerzy zawróciła w miejscu konie, dobywając mieczy i rozglądając się w ciemności. Paladyni wypowiedzieli inkantacje zaklęcia światła, powiększając widoczny wokół nich obszar. Wiedzieli, że i tak przed niczym się nie ukryją, więc bardziej opłacało się zwiększyć widoczność. Zajęli pozycje na flankach, patrząc się w otaczającą rzeczywistość, przygotowani do wypowiedzenia inkantacji pocisku esencji. Lucas był nieco z przodu, więc miał teoretycznie zająć pozycję jako straż przednia.
- Co robicie? - spytał się niemrawo anioł. Nie patrzył po pozostałych, widział ich tylko kątem oka. Jego prawa gałka oczna, już dawno nie będąca taka sama jak lewa, zaszła pełną szkarłatną czerwienią. Lewe oko miał takie jak zwykle, prawe przypominało na myśl demona. Widać w nim było płomień, ale też i jakby... walkę. Zawziętość i upór. Czerwone morze.
Evening Antarii:
Evening roztarła krew na opuszkach palców. Była ciepła i po prostu prawdziwa. Z początku myślała, że to strzała przeszyła jego ciało, ale nie było słychać jej świstu, a poza tym trudno przeoczyć tkwiący w ciele grot. Nic takiego nie było, lecz szkarłatna plama "zdobiła" napierśnik anioła, a on jechał niewzruszony. Nie czuł bólu? Nie wiedziała do końca jak to jest z tymi boskimi istotami...
-Jak to co robimy!? Plama krwi na napierśniku jest dość niepokojąca. Fun, nie żartuj sobie, proszę. I powiedz coś!- to niemal krzyknęła. Zdenerwował ją ten spokój. - Pojawiła się nagle... Skrzydła też we krwi. Jak mogłeś nic nie zauważyć?!- może przez ostatnie miesiące przyzwyczaiła się do niewiedzy i ciągłego martwienia się o niego. Ale ten spokój Funerisa, choć był blisko, to było za wiele! Cholera. Chciałaby wejść do jego głowy chociaż na chwilę. Dowiedzieć się tego, co on wie, zobaczyć to, co on widział gdy był ostatnio w tym miejscu. Chociaż jakiś strzępek dodatkowych informacji...
Nie wiedziała w sumie co teraz robić. Opatrzyć ranę? Pozwolić mu jechać dalej, skoro nie sprawiało mu to bólu? Postanowiła samego "rannego" spytać o zdanie.
-Nie chcesz się zatrzymać i obejrzeć ranę? Jak mogłeś tego nie poczuć...- w jej głosie dało się wychwycić troskę i niepokój.
Lucas Paladin:
Jak Lucas przestraszył się wcześniej, tak teraz wizje Funerisa były przerażąjące. Krew na jego torsie i skrzydłał wciąż płynęła, a Anioł jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co wokół niego się dzieje. Niby coś widział, ale zatracał się w swojej własnej rzeczywistości, kompletnie ignorując to, co działo się wokół niego. Lucas spojrzał na Anioła, poszukał jego oczu. Dostrzegł, że Funeris spogląda w stronę młyna, który Lucas w sumie dopiero teraz zauważył. Jechał na przedzie, a świetlista kula oświetlała mu drogę, więc mógł ostrzec towarzyszy o ewentualnym niebezpieczeństwie. Wiedział, że to może Funerisowi przysporzyć cierpień, ale nie miał wyjścia. Zazwyczaj najprostsze rzeczy okazują się najlepsze. Należało rozwiązać zagadkę tajemniczego młyna. Paladyn rzucił tylko do Evening:
- Jedziemy do młyna. Tam jest źródło jego cierpienia.
Funeris Venatio:
- Nic mi nie jest... - powiedział apatyczny, rozcierając w palcach krew. Patrzył się na nią z coraz większym zobojętnieniem, nie mogą przebić się z tymi myślami przez jakiś oddzielający go od rzeczywistości mur. Wszyscy jechali niemalże w desperacji, nie mając pojęcia co się dzieje wokół, a on niewzruszony siedział na niespokojnym Yodzie, trzymając w dłoniach lejce. Szybko zbliżyli się na miejsce, a ich oczom w pełnej krasie ukazał się zrujnowany młyn wodny. Drewniane koło z łopatami napędzającymi mechanizm nadal stało w miarę całe, lecz reszta budynku była w totalnej ruinie. Głównie ostała się placówka w bezpośrednim sąsiedztwie koła zamachowego, z reszty pozostała tylko kupa kamieni, kilka belek drewna i udeptana ziemia, od dawna zarastająca trawą i krzewami. Wokół placu stały jeszcze wmurowane fundamenty konstrukcji, lecz nie można było poznać, czy był to budynek jedno-, czy dwupiętrowy. Ostatni właściciel wyniósł się ewidentnie wiele lat temu.
Rycerze wjechali w wielkim niepokoju, ale raczej nie forsując tempa. Funeris w bezpośredniej bliskości tego miejsca wydawał się wręcz śniący, lecz gdy pojawili się przy pierwszych stertach gruzów, jakby częściowo odzyskał świadomość. Jego źrenice rozszerzyły się, on sam zeskoczył szybko z konia. Lądując na ziemi butem zahaczył o ukryty w trawie kamień, co wyprowadziło go z równowagi i anioł poleciał całym swoim ciężarem ciała do przodu. Pozostali rycerze już również schodzili z koni. Pierwszy do swojego Kanclerza dopadł Derek, rycerz jadący cały czas w ariergardzie. Pochwycił Funerisa w ramiona i przytrzymał go, żeby ten nic sobie nie zrobił. Anioł uśmiechnął się do niego i wypowiedział dwa krótkie słowa:
- Dziękuję Ci.
To, co się zdarzyło chwilę później, trudno byłoby opisać. Dereka otoczyła ciemna mgła, nagle zgęstniała wokół jego ramion i nóg, unieruchamiając go w miejscu. Na twarzy rycerza dało się zobaczyć wielkie przerażenie, gdy nie mógł się ruszyć. Chciał krzyknąć, lecz ostry jak brzytwa miecz z czarnej rudy przeszył go na wylot, przecinając stalowy napierśnik jak świeży chleb. ÂŁamany kręgosłup zachrzęścił w akompaniamencie wyginanych blach, a Neltharion pokrył się ciemną krwią wojownika Zartata. Funeris wyjął miecz z martwego ciała. Była krew, pojawiły się łzy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej