Tereny Valfden > Dział Wypraw

Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy

<< < (41/53) > >>

Funeris Venatio:
No magia jako tako działała, ale przerzucenie takiej kupy gruzów, zwłaszcza jeżeli nie wiedziało się gdzie jest tak naprawdę jakaś wolna przestrzeń, nie miało najmniejszego sensu. Zresztą umiejętności telekinetyczne tej dwójki nie były wystarczające, by przy pomocy owych sztuczek sobie z całością radzić. Wrócili więc do rozwidlenia.
- Gotowa ruszyć przed siebie? Nadal nie wiemy, gdzie podział się Lucas, ale domyślam się, że nie cofnął się do domu.

Lucas Paladin:
Ulrich, Zawisza? Cóż to były za dziwne imiona? Ale cóż, Lucas musiał podjąć rękawicę czarnego rycerza. Był dobrym wojownikiem, potrafił sobie poradzić na Arenie przeciw groźnym potworom, to i rycerzowi da radę. Ponieważ mściciel musiał wyrównać zasięg broni, schował buzdygan i sięgnął po Seregil, swój srebrny miecz, przeznaczony na demony. Jego rywal nie budził w nim strachu, Lucas nie czuł, że budzi powszechny respekt, być może się mylił, ale jego prezencja na to nie wskazywała. Rycerz skłonił się "czarnemu", okazując mu w ten sposób szacunek przed honorowym pojedynkiem i z imieniem Zartata na ustach ruszył do przodu. Zaiskrzyło od skrzyżowanych ostrzy, kiedy dwaj dzielni wojownicy starli się po raz pierwszy. Lucas wykorzystując drugą rękę, obniżył zwarcie i uwolnił miecz i wyprowadził szybkie kopnięcie w tors, aby odsunąć rywala od siebie. Następnie znów przyjął postawę bojową i zaatakował ponownie. Ciął od ucha, czarny rycerz uniknął uderzenia, Lucas natomiast wykorzystując impet ciała zręczną woltą uniknął zdradzieckiego ataku przeciwnika, następny zablokował i wycofał się do tyłu. Tym razem to przeciwnik Lucasa był w natarciu. Zaatakował nisko, Lucasowi ledwo starczyło czasu na zwód. Ale teraz miał przewagę. Podbił rękę z mieczem, chwycił przeciwnika za ramię, mocno wygiął, a potężnym kopnięciem w zgięcie wytrącił przeciwnika z równowagi, następnie ciął na odlew, mocno i zdecyowanie. Czarny rycerz upadł, a zwycięzca pojedynku był jeden.

Funeris Venatio:
//Nawet nie zdążyłem Ci podać statystyk przeciwnika... Gdzie Ci tak śpieszno było? Skąd wiesz, co on potrafi? Na razie dałem Ci wstać, powinieneś docenić. Cofam akcję.

//1x Zawisza, stoi 6 metrów przed Tobą z wyciągniętą bronią. Walka jak z bossem. Mimo iż duch, to jest w pełni materialny i jego ciosy... bolą.

Evening Antarii:
Obejrzała się za siebie tak jakby miała nadzieję zobaczyć Lucasa. Jak widać każde z nich musi radzić sobie samo... Martwiła się, ale też nie opuszczała ją nadzieja, że niedługo się pojawi. Nie z takich opresji wychodził.
-Ja tak- odpowiedziała uśmiechem widząc, że Fun jest tylko w lnianych spodniach.

Funeris Venatio:
//Marysiu... ÂŚciągnąłem swój ekwipunek z martwego ciała. Nie przeczytałaś tamtego posta w ogóle?
Ruszyli więc przed siebie. Szli korytarzem, czując coraz mroczniejszą atmosferę, idąc ramię w ramię, z wyciągniętą bronią. Szli niczym dwaj starożytni wojownicy ze starych legend, para kochanków, maszyny do zabijania. Na ustach mieli swoje imiona, ale i imię Jego, Zartata, Pana ÂŚwiatła, dzięki któremu potrafili robić te wszystkie wspaniałe rzeczy, kończyć te wszystkie niepotrzebne i wypaczone demoniczne żywoty i przeganiać te wszystkie pomioty, które przyszły z Otchłani, by tylko siać śmierć i zniszczenie.
Korytarz był długi. Funeris utrzymywał nad głową kulę światła, która rozświetlała im mrok. Po chwili poczuli jakby... powiew świeżego wiatru. Zobaczyli światło. Ostrożnie, ale pewni i bez zawahania, parli naprzód. Nie widzieli śladu nikogo ani niczego, nie wiedzieli czego mogą się spodziewać. Funeris spędzał tutaj długie miesiące, lecz nie miał pojęcia, jak to się odbywało. Był omamiony potężną magią i spętany przez potworną moc. Nie wydawało mu się jednak, że znajdowało się tutaj to, co ujrzeli zaraz za następnych kilka metrów.

Kamienny korytarz się po prostu kończył i wychodził na plażę. Twarde i jednolite płyty ciemnej skały płynnie przeszły w kwarcową posypkę, która wyściełała wszystko w zasięgu wzroku. Gdzieś tam na horyzoncie, na granicy wzroku, majaczyła wielka woda, jakieś bliżej niezidentyfikowane morze. Niebo było zachmurzone, wielkie i ciężkie chmury kłębiły się, a oni tylko mogli się wpatrywać w tę piękną scenerię. Był jeszcze dzień, słońce stało w miarę wysoko, lecz tylko niewielkimi i nielicznymi promieniami przebijało się przez zasłonę. Gdzieniegdzie z piaszczystej plaży wybijały się na wysokość maksymalnie dwóch metrów skalne narosty, pozostałości po starym klifie, który dawno musiał zostać pochłonięty przez morze. To, co najbardziej jednak przyciągało uwagę, to potężny monolit przed nimi. Kamienny łuk, wielki niczym wieże w siedzibie Bractwa ÂŚwitu, szarawego koloru, podobny nieco fakturą i barwą do otaczającej go plaży. Między ramionami z kamienia majaczył, a raczej szalenie pulsował, portal. Widać, że niestabilny, słabo podtrzymywany, z dogasającą lub niewystarczającą mocą kryształów. Sprawiał wrażenie, jakby miał się za chwilę zapaść w sobie, implodować i pogrzebać wszystko wokół. Pod stopami anioła i Evening dało się dostrzec ślady. Mokry piasek z łatwością zostawił w swojej fakturze parę potężnych i demonicznych nóg, między którymi pozostał większy, mniej oczywisty ślad. ÂŚlad jakby... kogoś po ziemi ciągnięto. Podążając wzrokiem za tropami para dostrzegła płonącego skrzydlatego demona, który trzyma w swojej łapie bezwładne ciało człowieka. Zbliżali się do portalu.

//Do portalu mamy 500 metrów, demon tylko 80.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej