Tereny Valfden > Dział Wypraw

Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy

<< < (22/53) > >>

Evening Antarii:
Dziewczyna straciła na moment swoje opanowanie. Zamroczyło się w jej oczach  gdy miejscowy ból rozprzestrzeniał się po reszcie ciała – najbardziej dotkliwe było kłucie w płucach i obite żebra. Nie była pewna czy któraś z kości pękła. Pozbierała się jednak z twardej ziemi, a w jej oczach widniał gniew i gotowość do dalszej walki. Potrzebowała czasu. Sekundy, może dwóch, więc gdy jeszcze wstawała, odepchnęła demona siłą telekinezy od siebie. Skoncentrowała się na dobrych wspomnieniach, by pobrać energię od samego Zartata. -Grashiz!-wypowiedziała słowa inkantacji, chwytając ostrze w obie dłonie, by nie umknęło jej podczas walki. Dodała sobie siły, by móc wykonać jeden z ataków, które ostatnio trenowała w siedzibie Bractwa, a był według niej bardzo śmiercionośny.
Płonący przeciwnik był teraz w odległości większej niż dziesięć metrów, ale zbliżał się do mściciel ze swoją bronią z czarnej rudy bardzo szybko. Neltharion, który miał być pogromem zła, a sam znajduje się teraz we władaniu demona… Wyciągnęła srebrne ostrze przed siebie – chwyt był mocny i dokładny. W tym czasie Funeris zmniejszył już swój dystans mniej więcej o połowę i to był właśnie moment, gdy Eve mogła zaatakować.
Wprawiła swoje ciało w obroty wokół własnej osi. Coraz szybsze i szybsze, powodując świst powietrza. Zmierzała po linii prostej na ciało bestii zamieniające się w popiół. Wreszcie jej ostrze zetknęło się z rozżarzonym potworem. Poleciały iskry, albo tylko tak jej się zdawało, ze względu na dużą prędkość, z którą się obracała. Poczuła ten moment zetknięcia, gdy wyraźny był opór, zatapianie się broni w ciało rywala. Wirowała chwilę, nim zatrzymała się po wyznaczonym dystansie. Dzięki ćwiczeniom nie czuła zawrotów głowy, lecz była gotowa, by sparować atak Funerisa, lub zwyczajnie go dobić. A może już teraz okaże się martwy. 

//tornado pożogi, łaska siły

Lucas Paladin:
Bezdech i silny uścisk na krtani. Lucas nie wiedział ile czasu zajmuje uduszenie dorosłego człowieka. I nie zamierzał się dowiadywać. Wiedział już jedno. To na pewno nie był prawdziwy Funeris i na pewno to wszystko nie było prawdziwe. Poza bólem. Ból był prawdziwy. Abominacja zrobiła już jeden podstawowy błąd. Chociaż Lucas nie był Aniołem i nie posiadał takiej siły jak jego vis-a-vis, to jednak Bractwo wyszkoliło go należycie. Ponieważ Funeris nie pozbawił Lucasa możliwości uderzeń dłońmi i nogami, mściciel natychmiast to wykorzystał. Jedną ręką chwycił tę, którą jego przeciwnik ściskał jego gardło, natomiast drugą uderzył łokciem prosto w zgięcie tej duszącej go ręki, poluźniając uchwyt Funerisa i wydostając się ze śmiertelnej opresji. Szybko przygotował zaklęcie, ponieważ nie miał broni, musiał działać szybko i sprawnie. Szybka koncentracja i krzyk:
- Aenye! - Lucas miał nadzieję, że oślepił swojego antagonistę i walka potoczy się ucziwie.


Poskutkowało. Rycerz szybko dopadł fałszywego Funerisa i natychmiast wykonał sekwencję ciosów. ÂŁockiem w plecy zmusił rywala do skulenia ciała, następnie ciężkim stalowym butem wymierzył solidny kopniak prosto w przyłbicę. Poprawił jeszcze kilkoma kopniakami i na wypadek kłopotów uderzył też w krocze. Spodziewał się, że tego jego przeciwnik nie wytrzyma. Nie czekając na to, aż wstanie Lucas ściągnął hełm z głowy iluzji Funerisa, przyłożył mu dłoń do twarzy i wyszeptał:
- Wiem, że nie jesteś Funerisem. On nie dałby się tak łatwo zaskoczyć. - po czym beznamiętnie wypowiedział inkantację zaklęcia: -Izeshar! - i zwęglił twarz nieszczęśnika.

Funeris Venatio:
- Elisash - powiedział Funeris, próbując przywrócić widoczność. Kula światła znowu pojawiła się nad jego głową, pozwalając mu zobaczyć teren wokół. Obrócił się do tyłu, patrząc na resztę. Evening stała za nim, następnie Derek, Monte i Palmer. Lucas zamykał pochód na końcu, będąc jeszcze widocznym na krętych schodach. Zeszli na sam dół i znaleźli się w niewielkim przedsionku. Przed nimi majaczył korytarz skręcający w prawo, na końcu którego paliła się najprawdopodobniej pochodnia, lub inne źródło naturalnego światła bijącego od ognia.
- Wszyscy cali? - spytał, wiedząc dokładnie co się przed momentem z nimi stało. Widział po innych towarzyszach, że też mieli swoje wizje, mamieni byli iluzjami.

Evening Antarii:
-Można tak powiedzieć- mruknęła Eve na potwierdzenie. Właściwie nie miała ochoty na jakieś spore wyjaśnienia. Zapewne każdy z rycerzy musiał zmierzyć się ze swoją wizją sam i nie chciała nikomu zakłócać tej chwili spokoju i ciszy po indywidualnych starciach z demonami. Sama musi pozbierać swoje myśli i doświadczenia, jeszcze raz je przeanalizować i przeżyć. Na opowiastki czas będzie później. Nie, żeby nie była ciekawa. Potrzebowała tylko czegoś co jest pewne i realne. Jak na razie obecność członków Bractwa właśnie taka była (przynajmniej taką nadzieję miała kobieta). Jeśli spacer do końca korytarza uda im się przejść bez wizji - będzie dobrze.

Funeris Venatio:
Ano udało się. Szli tak kilkanaście metrów, gdy doszli do pomieszczenia, które kiedyś robiło pewnie za jakiś rodzaj stołówki, kantyny. Od dawna było jednak nieużywane, chociaż kilka połamanych ław i stołów się jeszcze zachowało. Trudno określić kto użytkował przed wieloma laty to miejsce, ale zeszli głęboko. Na takim poziomie pod powierzchnią ziemi często występują stare, zasypane już dawno dracońskie ruiny. Istnieje możliwość, że to właśnie to. Z tego pomieszczenia można było iść na prawo, do kuchni pewnie, lub prosto, przed siebie. Funeris gestem rozkazał dwóm paladynom sprawdzić kuchnię, przestrzegając przed niebezpieczeństwami. Sam stanął na końcu korytarza, patrząc na zwietrzały szkielet człowieka oparty o ścianę. Czaszkę miał rozłupaną jakimś potężnym ciosem.
- Pamiętam to miejsce - powiedział wreszcie anioł, dotykając posadzki przy wejściu do następnego korytarza. To właśnie tutaj paliły się widziane wcześniej światła. Były pochodzenia magicznego, nie gasły, dawały równe i ciepło światło przypominające pochodnie.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej