Tereny Valfden > Dział Wypraw

Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy

<< < (21/53) > >>

Lucas Paladin:
Kilka sekund spokojnego rozeznania, a potem totalny szok. Wcześniej znajdował się przecież w młynie, skąd tu nagle wzięła się arena? Pełne trybuny i rozentuzjazmowany tłum skandujący jego imię i najbardziej zdezorientowany tym wszystkim Lucas. Chwilę później jego zdziwienie było tym większe, jak ktoś poklepał go po ramieniu i mówił coś o jego zwycięstwie. A rycerz znał ten głos. Nikt inny to być nie mógł, jak tylko on. Funeris Venatio. Zresztą widok zbroi i herbu na jego tarczy już był dość wymowny. Co się tu dzieje, do cholery? - zdawał się myśleć Lucas. Najpierw głęboka studnia i trup paladyna Bractwa. Teraz jakaś dziwna arena i Funeris stojący obok. Zaczynał mieć wrażenie, że przypomina to jakąś niesmaczną iluzję. Ale musiał się przekonać na własnej skórze:
- Funeris? A gdzie Evening? Przecież mieliśmy zbadać ten tajemniczy młyn - zapytał zaskoczony widokiem przyjaciela w takiej sytuacji. Liczył, że być może coś od niego wyciągnie.

Funeris Venatio:
...


...


- Młyn? O czym ty mówisz? Za mało tlenu było na dole? Napijemy się i od razu lepiej się poczujesz! - mówił podekscytowany Funeris. Pochwycił prawicę Lucasa i podniósł ją do góry. Tłumy wrzeszczały, a on stał w środku całego przedstawienie, nie mając pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Lucas spoglądał to na przyjaciela, to na innych rycerzy biorących udział w tym niby "turnieju" i nie mógł zrozumieć. Spróbował pochwycić jakąś postać z trybun, wyłowić kogoś konkretnego z widowni, skupić na nim swój wzrok. Zakonnik nie potrafił jednak zogniskować wzroku na nikim, twarze jego konkurentów do wygrania zawodów również były jakieś takie rozmyte, nieuchwytne. Jeden wielki srebrzysty księżyc lśnił jasno nad jego głową. W Marancie są dwa.

Lucas Paladin:
Podekscytowanie Funerisa było dziwne. Zbyt dziwne jak na niego. Anioła zawsze cechowała powaga i stonowanie w poważnych sytuacjach. Lucas nadal nie wiedział skąd się wziął cały ten festyn i zabawa na jego cześć. Kiedy rozejrzał się po widowni próbując rozeznać się w sytuacji, nijak nie poznawał nikogo, żadnej znajomej twarzy. Wszystko było rozmyte, niejasne, obce. Kiedy spojrzał w górę zrozumiał wszystko. Jeden księżyc. O jeden za mało. Zerknął na Funerisa.
- Odejdź precz, zjawo. Ty nie istniejesz, nie jesteś realny.

Evening Antarii:
  Eve, to coś chce cię zabić! Nie wahaj się, to tylko powłoka. Jedno proste uderzenie mieczem… podpowiadał jej wewnętrzny głos. I z pewnością nie był to anioł siedzący na ramieniu, albo diabełek z drugiej strony. To ona sama zmuszała się, by pomimo tego że widziała ciało swego ukochanego, mogła z nim walczyć – i wygrać. Bo nie był to na pewno Funeris, którego znała. To zło przybrało jego formę, zło mąci w jej umyśle, mrok opanował to miejsce, a ciemność chciała ją przestraszyć i unicestwić.
Widok płonącego anioła wrzynał się w jej pamięć i podświadomość, zdawało jej się, że widzi każdą żyłkę ognia rozdzierającą jego ciało od środka. Jego oczy opanował ognisty blask a twarz spopielała się coraz bardziej. Jak demon z  koszmarów czekający za plecami – różnica była tylko jedna – nie można było się obudzić i trzeba było zmierzyć się z nim w bezpośrednim starciu, a jego obraz przerażał i przenikał duszę, jakby tym ogniem wypalał dziury, w których kłębił się strach. Do tego pomieszanie niepewności i poczucia osamotnienia…
  -Przecież wiesz, że cię kocham…- powiedziała do płonącego Funerisa zaciskając rękojeść miecza w dłoni. –Zawsze kochałam…-mówiła zbliżając się w stronę płomieni. Odwaga znów popłynęła w jej żyłach.–Ale… Siedzi w tobie zło. Araxu.- powiedziała stanowczo i twardo, akcentując każdą sylabę. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji.  Wykorzystała siłę daną od Zartata, by pozbawić demona choć części jego potencjału magicznego, by wyssać z niego nadprzyrodzone siły, by miał mniejsze szanse zaatakowania jej groźnym zaklęciem.–…które trzeba zniszczyć i wytępić.- ciągnęła. Wtedy kawałki jego zbroi pokruszyły się i topiły na jego ciele, opadały na dół odsłaniając żarzącą się skórę. W uszach Eve huczały płomienie trawiące jego skrzydła i zwęglające skórę, która przybierała odcienie czerni. Stawiała małe, lecz zdecydowane kroki, zmniejszając dystans i patrząc się w jego oczy. Wciąż mówiła tak samo jak on głosem zimnym, pozbawionym jakichkolwiek emocji. Chciała się z nich oczyścić, by nie popełnić błędu, nie dać się zwieść. To tylko powłoka- krążyło po jej głowie.
  Kiedy znalazła się jakiś metr od niego, wyciągnęła dłoń w jego stronę. Tak jak zawsze, gdy chciała pogładzić go po szorstkim policzku i dać znać, że wszystko jest dobrze. Ale w prawej dłoni dzierżyła miecz. –Ashush upash- wyszeptała stojąc przed nim, tym razem delikatnym głosem, spokojnym, pełnym łagodności. Jakby mówiła „tak, kocham cię”. Otoczyła się ochronną powłoką, by demon nie zaatakował jej zaklęciami z żywiołu ognia. Czuła to gorąco bijące od niego. Tak samo jak namacalne były te płomienie i popiół, także emanujące zło dało się niemal… dotknąć. Zmaterializowana forma zła, przybierająca postać najważniejszej na świecie osoby…
  Jej miecz powędrował szybko w stronę Funerisa. Ruch był zdecydowany, szybki i mocny, jak wyćwiczony przedtem setki razy, wyuczony na pamięć. Ostrze jakby samo powędrowało w stronę gardła anioła. Poziome cięcie. Wzrok dziewczyny wciąż skoncentrowany był na jego twarzy, która zwęglała się i przybierała coraz bardziej parszywy wygląd. A jej wzrok był chłodny, jakby ona sama znajdowała się gdzieś daleko, albo niewzruszenie obserwowała tę scenę stojąc z boku. Kierował nią po prostu brak akceptacji dla zła i ciemności opanowujących duszę, wdzierających się do serc. Ogień rozbłysnął gdy srebro spotkało się z żarzącym się ciałem anioła.


//ochronny balsam, drenaż

Funeris Venatio:
Jego przeciwnicy zaczęli się rozpadać. Po prostu rozpadać, łamać, kruszyć, zamieniać w pył i proch. Zupełnie jakby byli ulepieni z popiołu i nagle zawiał straszliwy wiatr, który skruszył ich powłokę na mniejsze części, a następnie rozrzucił ją niczym po polu. Zbrojni pozostali jednak w przejściu, rozchodząc się powoli na boki. Okrążali go, tworząc kordon i w końcu zamykając pierścień. Było ich ośmiu, a ten stojący naprzeciwko niego był najwyższy i najbardziej barczysty. Co ciekawe, żaden z nich do tej pory nie wyciągnął broni. Dopiero teraz widoczny dowódca, który wydawał się aniołowi znajomy, postąpił naprzód i dobył miecza. Długiej klingi, lekko zakrzywionej, o finezyjnym i półpełnym jelcu przechodzącym w kabłąk. Czarna ruda, z której wykonano saberę, zdawała się śmiać w stronę wojownika naprzeciwko, wyzywając go do skrzyżowania się z Neltharionem. Wojownik Zartata zmierzył wzrokiem pozostałych, którzy stali twardo na miejscach. Znowu spojrzał na przeciwnika, z którym przyjdzie mu się zmierzyć. Twarz była nieważna, nie rozpoznawał jej. To Jego dusza była tym, co kiedyś poznał. Jego niematerialny duch był tak dziwnie znajomy, że Funerisa ogarniało przerażenie. Przypomniał sobie, gdy tamten się odezwał.
- Wróciłem do nas, bracie krwi. Czekaliśmy. Czekaliśmy...


Evening popełniła jeden błąd. Bardzo sprytnym i przebiegłym posunięciem było wyssanie energii magicznej, albo chociaż jej części, ze swojego przeciwnika. Nie przewidziała chyba jednak, że spaczony ukochany posiadał jeszcze dużą siłę fizyczną, którą mógł bez najmniejszego problemu wykorzystać. Co by nie mówić o zahartowanej i naprawdę wytrzymałej kobiecie, demon stojący przed nią był po prostu większy i silniejszy. Dlatego gdy miała już wyciągnąć dłoń w jego stronę, abominacja anioła zaatakowała. Potężne proste kopnięcie przypominające przepychanie jakiegoś klocka odrzuciło Wieczorka do tyłu, odbierając jej znowu dech i rzucając na ścianę. Demon dobył miecza i ruszył w jej stronę, zmniejszając dystans. Miał do pokonania jakieś dziewięć metrów w momencie, gdy Evening mogła już wstać.


- Myślisz, że się Ciebie przestraszę, Lucasie? - odparł Funeris, rozcinając jednym cięciem ostrza jego rycerskie pas, odrzucając jego bronie daleko w prawo. Lucas pozostał bez swojego Zwiastuna, mógł tylko obserwować jego kilkudziesięciometrowy lot, gdy ten wpadł do jednej z wydrążonych w ziemi studni. Nim zdążył zareagować, Funeris pochwycił go za gardło i podniósł do góry, trzymając lewą ręką. Rycerzowi zaczynało szybko brakować tlenu, a i miażdżona krtań nie należała do przyjemnych przeżyć.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej