Tereny Valfden > Dział Wypraw
Pamiętniki zakonnicy
Evening Antarii:
-System podatkowy jest taki, że podatków nie ma, nic skomplikowanego.. A co do kupców... Eee... może ktoś w porcie? Jeżeli przypływają z kontynentu do Atusel, to ktoś musiał widzieć ich statki wypełnione zagranicznymi towarami. Albo jakaś instytucja do spraw imigrantów? - dziewczyna skrzywiła się nieco. Zagadki logiczne... Próbowała coś wykombinować, na razie nie zabłysnęła swą spostrzegawczością. Ale każdy kto Eve znał, wiedział, że jest nieco roztrzepana, niepoukładana, mało obowiązkowa. A wśród tych licznych "zalet" krył się także brak spostrzegawczości. To nie było nic nowego. Nie raz, nie dwa, zdarzyło jej się zapomnieć zamknąć domu, gdy wychodziło do miasta. Czasami cierpiały także jej wypieki zostawione w piecu na zbyt długo. Lecz to część jej charakteru, który trudno, niestety, zmienić. Może gdyby się postarała?... Mimo wszystko - kombinowała. Przynajmniej próbowała, może coś z tego wyjdzie. -Hmm... może po strojach, braku obeznania, wyglądzie da się powiedzieć, że ktoś nie jest valfdeńczykiem- a chciała tylko kupić imbir na ciastka.
Mordian Gorii:
- Możliwe, chociaż ja obstawiałbym kogoś innego... - odparł Morii.
- A to nie było tak, że miała panienka kupić coś do swoich wypieków? Może poszukamy tych składników w końcu nie jesteśmy od tego, żeby tropić złoczyńców czyż nie?
Evening Antarii:
Evening może się nie pogubiła, ale jej wersje byłby całkiem prawdopodobne, dlatego stwierdzenie Moriego zbiło ją z tropu. Ktoś inny?... Jakiś ważny człowiek? Właściciel placu... Handlarz, kupiec, ktoś z władz...
-Ach, pewnie. Imbir. Najlepiej sproszkowany, ale jeden korzeń wystarczy- i nagle ci "złoczyńcy" zajęli pozycje drugoplanowe w jej głowie, a na pierwszy plan wysunęły się ciasteczka i potrzebne do nich składniki. Na krótko.
Panna Antarii jednak nie była wbrew pozorom żadną kurą domową, szczególnie teraz, gdy jej narzeczonego gdzieś wcięło. Bo która pani domu tak pięknie włada kiścieniem lub mieczem? Poza tym... takie słodkości od czasu do czasu to całkiem dobra rzecz. -Panie Gorii- zwróciła się do niego, gdy zmierzali w stronę straganów z żywnością i przyprawami. -Pan z pewnością wie coś więcej o tej sprawie!- w jej głosie dało się wyczuć zwykłą, dziecinną ciekawość. -Ten notes i notatki... proszę się podzielić tą tajemnicą- nalegała. Jednak zeszyt na zapisku u redaktora naczelnego Gońca Valfdeńskiego nie powinien nikogo dziwić. Pytanie tylko: skąd w nim takie informacje? -Doprawdy, żadne ciasteczka nie są tak intrygujące jak ta sprawa- już nie chciała dodawać, że "coś jej tu śmierdzi" (istotnie, targowisko nie pachniało niczym ogród różany w pełnym słońcu, czy perfumy jakiejś dostojnej hrabiny). Być może sama miała za małą wiedzę w tych sprawach, może powinna postąpić inaczej i kazać komu innemu zająć się tą sprawą...
Mordian Gorii:
- Chciałaby panienka otrzymać to nad czym pracowałem przez ostatnie 42 lata w ciągu sekundy? - powiedział wyciągając z kieszeni notes i zawieszony na nim fikuśnie wystrugany ołówek.
- Proszę, bardzo. - dodał i wręczył Ci notes wewnątrz, którego w całkowitym nieładzie zapisane były różne zdania, krótkie notatki, nazwiska, adresy i cała masa różnych informacji zmielonych, przeżutych i wyplutych na kilkadziesiąt stron papierowego kajetu.
Słowem istny chaos treści, które niewiele Ci mówiły.
- Coś pomogło? Wątpię, sam bym się w tym nie połapał gdyby nie to, że ja to tworzę, ale proszę za mną, coś panience pokażę. - powiedział i złapał Cię pewnym chwytem za nadgarstek prowadząc pod okap jednego ze sklepów zastawionego beczkami i skrzyniami.
Już chciałaś coś powiedzieć, zaprotestować, zakazać mu traktowania ÂŚwiętego Mściciela Bractwa ÂŚwitu jak małej zagubionej w wielkim ogrodzie dziewczynki, gdy ten nagłym ruchem ręki przyłożył palec do ust i wyszeptał.
- Ciiii.... proszę słuchać.
Evening Antarii:
-Och, skądże! Nie wszystko... Tylko te nazwiska... kiedy pan je zdobył?- zdążyła zapytać, a już w ręce trzymała zapiski świadczące o wieloletniej pracy pana Mordiana. Czytała. Daty, godziny, imiona, adresy, osoby, miejsca, pojedyncze wyrwane z kontekstu słowa i dłuższe teksty, bazgroły i całkiem schludnie napisane informacje. Wśród tej mnogości zapisanych obserwacji i wiadomości Eve nie była w stanie niczego zrozumieć. Prywatne notatki redaktora robiły jednak spore wrażenie. -Cóż...- odpowiedziała tylko na jego pytanie, raczej retoryczne. Nic to nie dało. Zaraz jednak poczuła szarpnięcie i nie zastanawiała się dokąd zabiera ją pan Gorii...
-Gdzie my ... ? - nie skończyła swojego pytania, gdyż redaktor kazał być cicho i słuchać. Więc umilkła i słuchała. W międzyczasie oddała ostrożnie kajecik, uważając, by żadna ważna(!) karteczka nie wypadła. Był to bowiem materialny znak narodzin wolnych mediów na wyspie.
Ani drgnęła. Słuchała, wbijając wzrok raz w Mordiana, jakby domagała się choćby podstawowych informacji o tym czego właściwie szukają, a raz w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni, skupiając się na tym, co właśnie słyszała.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej