Tereny Valfden > Dział Wypraw
Jeden, który wszystko odnajdzie
Elrond Ñoldor:
--- Cytuj ---Nazwa wyprawy: Jeden, który wszystko odnajdzie
Prowadzący wyprawę: Isentor/Hope
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: brak
Uczestnicy wyprawy: Elrond Noldor
--- Koniec cytatu ---
Dokładnie przestudiował mapę, gdy jechał wolno na Bucefale przez miasto. Droga była długa, na końcu bardzo niebezpieczna. Ale od czego ma magię? Od czego ma chowańce? Jego Harsesis, Diomedes kołował gdzieś wysoko, ponad miastem. Była to oswojona bestia, ale mieszkańcy nie przywykli do takich widoków.
// Zabieram ze sobą chowańca.
Hope:
Elrond bezpiecznie dojechał traktem do granic dżungli.
Elrond Ñoldor:
- Bucefale, zatrzymaj się. Diomedesie.
Elrond westchnął głośno, jego koń zarżał, a chowaniec zasyczał, lądując obok ogiera i jeźdźca.
- Przed nami najtrudniejsza część wędrówki. Możemy natknąć się na wampiry, spijacze, rotishe, krwiopijce, cieniostwory, guilarony, masę badziewia, które zechce nas zjeść. O roślinach, których większa część jest wykorzystywana w truciznach nie wspomnę.
Dlatego miejcie się na baczności. Wiem Diomedesie, że to nie twoje środowisko, ale twoje wyczulone zmysły mogą być dla nas przydatne. Używaj ich i informuj o wszelakich zagrożeniach. Chcemy się przedrzeć, najlepiej bez walk. Omijając większość zagrożeń.
Wyciągnął mapę, którą otrzymał od Hope'a. Następnie rozwinął własną, całego królestwa Valfden, na której naniósł prawie wszystkie znane drogi, miejscowości, zajazdy i inne znane miejsca.
- Jechaliśmy głównym traktem. Ciągnie się on aż w sam środek dżungli, czyli w miejsce, gdzie mamy dotrzeć. Nie pierwszy raz podążamy tą drogą. Kierujemy się wszakże do Paktu. Do domu. W drogę!
Hope:
Podróż przez dżunglę przebiegła zadziwiająca spokojnie, Elrond odniósł wrażenie, że jest obserwowany i osoby trzecie starają się trzymać wszelkie dzikie zwierzęta na smyczy. Po kilkugodzinnej wędrówce dotarł do ruin wieży.
Elrond Ñoldor:
Wcale się nie zdziwił brakiem przeciwników. Domyślał się, że ktoś może mu pomóc. A fakt, że nawet wyczuwał taką obecność jeszcze mocniej umacniała go w tym przekonaniu. Nie żeby wymagał tego, by ktoś mu pomógł. Bez problemu sam mógłby stanąć naprzeciwko wszystkim niebezpieczeństwom. Najwyżej podróż przebiegłaby mu bardziej krwawo, może by zginął. Sam przecież wpakował się w tą dżunglę nie prosząc nikogo o pomoc.
Niemniej jednak po całonocnej wędrowce traktem, gdzieniegdzie zarośniętym, gdzieniegdzie zalanym, po intensywniejszej ulewie, dotarł do pobojowiska. Widok go nie przeraził. Za kilka lat tropikalny las upomni się o swoje, a po kilku kolejnych, o ile nikt tu nic nie zrobi, nawet starzy mieszkańcy będą mieli problem ze znalezieniem starego Paktu. Podjechał pod ruiny omijając kamienne bloki. Zszedł z konia.
- Dimomedesie, pilnuj Bucefała - rozkazał swojemu chowańcowi. Bestia była bardzo inteligentna. Na jej pysku było można łatwo wyczytać gotowość do wykonania polecenia.
Hope wspominał o parterze. Charon miał właśnie tam na niego czekać. Nie zastanawiajac się długo, Elrond obrał kierunek właśnie w umówione miejsce.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej