Tereny Valfden > Dział Wypraw
Zwiastun zagłady
Gunses:
Gunses rozpoznał przeciwnika od razu. Nie, nie wiedział kto zacz, ale wiedział że to przeciwnik. Cadacus był wojownikiem, łowcą, myśliwym, tropicielem, wreszcie zabójcą i adeptem magii. Wystarczyło mu sekundy aby jego oczy i nader rozwinięty umysł odczytał z ruchów przeciwnika jego mocne strony. Przeciwnik był uzbrojony w katanę, poruszał się szybko i pewnie, wręcz nie zwracając uwagi na podłoże. Cadacus zrozumiał, że zdolności mentalne przeciwnika są nadludzkie, a to oznaczało, że nie jest on człowiekiem. Już nie.
Gunses ujął miecz w obie dłonie, zacisnął. Nie chciał teraz czarować, raz, nie był pewien efektu, dwa, przeciwnik wydawał się być szybkim. Mógłby uniknąć ataku albo go odbić. Wampir ruszył, wyuczonym, odegranym tysiące razy krokiem, trzy szybkie, dwa wolne, jeden szybki, jeden wolny. Zwodził, wybijał z rytmu. Kiedy przeciwnicy zbliżyli się do siebie nagle przeklęty hoshu zniknął. Wampir nie zastanawiał się. Odruchy zadziałały za niego. Szybka parada na plecy, wyrzucenie klingi dołem, obok biodra na plecy i kark. Zadzwonił uderzany metal o metal. Nigdy nie wiesz, z kim walczysz i co jest za Twoimi plecami powtórzył sobie swoje nauki które wpajał dawien dawno młodym wampirom. Poczuł ciężar na mieczu. Impet uderzenia katany chwilę po teleportacji przeklętego. Wampir odwinął się w przeciwny piruet, wykorzystał impet uderzenia przekładając do w płaski, poziomy cios. Cios, który powinien napotkać opór. Nie napotkał. Oczy dwóch przeklętych się spotkały. Jeden z nich to Przeklęty na Imieniu i na Duszy, drugi to przeciwnik, ofiara, wróg. Ten który musiał zginąć. Wystarczył jeden ruch brwi tego drugiego, a wampir poleciał w tył uderzony niczym taran. Mortokineza pomyślał Zdolność łamana karków. Z tym mu się to kojarzyło. Wiedział, że nie może pozwolić drugi raz na to przeciwnikowi. Musiał zasypać go gradem ciosów, zmusić do myślenia o walce. Musiał dać mu przyjemność z walki, zaabsorbować go tym, sprawić by chciał grać czysto. Stal na stal. Kiedy zebrał się z ziemi przeciwnik był już przy nim. Zaatakował z góry tnąc niczym katowskim toporem. Cadacus rzucił się w bok. Ostrze katany mimo siły uderzenia nie dotknęło ziemi. Przeciwnik poderwał je tuż nad powierzchnią, skoczył na wampira godząc w niego mieczem... Gunses zbierając się z ziemi spojrzał przed siebie wyrzucając swój szpon. Dystans i spokój myśli przelały się, przeistoczyły w magię. Salwa piorunów wytrysnęła ze szponu Gunsesa zasypując ciało przeciwnika wyładowaniami. Bestia poderwała się, odskoczyła, wykonała piruet i przeskakując z nogi na nogę cięła. Nie minęła sekunda. Czarne ostrze z siłą topora drwala przecinało powietrze. I ciało. Ostrze wżarło się w rękę i korpus przeciwnika. Posoka zalała klingę. Przeklęty jednak zachował się jakby był naczyniem w którym wlana jest nieśmiertelna moc. Odwrócił się ześlizgując się z miecza, struga krwi polała się na podłogę. Przeskoczył on w miejsce obok, po czym znowu i rzucił się na wampira. Walczący zasypali się gradem ciosów. Starcie trwało 2 sekundy, mimo to przeciwnicy zdążyli wymienić między sobą kilkanaście uderzeń. Odstąpili, odskoczyli i rzucili się ku sobie ponownie, niczym dwa zażarcie walczące koty, niczym dwaj drapieżcy. Kilkanaście uderzeń. Ich broń zatrzymała się w powietrzu, każdy napierał z jednej strony. Cadacus jednak nie mógł pozwolić na mortokinetyczne uderzenie. Pchnął lekko odpychając od siebie przeciwnika, szybko wykonał piruet i ciął potężnie i paskudnie. Po skosie, od dołu go góry. Miecz napotkał opór dwa razy. Pierwszy pękł zasadzony w ziemię jako blok miecz przeciwnika. Katana ugięła się pod naporem czarnego ostrza Cadacusa. Jako drugi ugiął się przeciwnik. Gunses uderzył jak uderza wampir. Mocno i pewnie. Nadludzka siła nieśmiertelnego spotęgowana siłą bestii przerżnęła ciało przeciwnika. Od bioder przez brzuch aż wyszła po przeciwnej stronie na wysokości żeber przecinając kręgosłup i dzieląc ciało na dwoje. Gunses wykręcił się siłą impetu i lewą nogę strącił odcięty korpus od reszty ciała nie dając możliwości renegeneracji. Kiedy tylko jego noga dotknęła znów gruntu uderzył po raz kolejny. Swym szponem. Moc przelana w niego utworzyła na nim powłokę wyładowań elektrycznych. Zabójczą broń. Skoczył na ciało przeciwnika i zaciśniętą pięścią uderzył w jego głowę. Kości czaszki pękły zaś mógł eksplodował w zetknięciu z demonicznym szponem. Gunses wsparł się na mieczu i podniósł.
Dragosani:
Gdy do Drago dołączył Gunses, na scenie tego przedstawienia pojawiła się jeszcze dwójka innych osób. Wyglądali na ludzi, lecz było w nich coś demonicznego. Dało się to wyczuć, dało się ujrzeć w ich oczach. To byli wojownicy. Prawdziwy. Mistrzowie w swoich sztukach. I wyczuli chyba, że to Drago i Gunses są tutaj ich odpowiednikiem. Wojownikami. Dlatego też to akurat ich wybrali na swoich przeciwników. Ruszyli do ataku, każdy skupił się na jednej Bestii.
Widząc nadejście swojego przeciwnika, Drago przestał zwracać uwagę na tego, który atakował Gunsesa. Coś mu mówiło, że to będzie walka jednej na jednego. I zamierzał taką właśnie walkę dać opętanemu. Przez chwilę dwójka przeciwników mierzyła się wzrokiem. Drago ocenił swojego nagłego nemezis. Z wyglądu człowiek. Trzymał broń i poruszał się jak przystało na mistrza. Za broń służyła mu katana. Nie wyglądało na to,żeby miała większy zasię niż szabla wampira. I nie była chyba też zrobiona z lepszego materiału. I nagle przeciwnicy rzucili się na siebie. Jak na jakiś sygnał, niemal równocześnie. Czujny obserwator zauważyłby, że to opętany ruszył pierwszy. O ułamek sekundy. Antares po protu szybko zareagował. Przypadli do siebie, opętany ciął swoją kataną piekielnie szybko, od góry. Drago wystawił ostrze szabli do bloku, lecz opętany momentalnie skorygował kierunek uderzenia. Minimalnie zmienił jego kąt. Ostrze przeszłoby tuż obok zastawy Draga i zraniło go, gdyby nie jego refleks. Wampir uchylił się w bok, dzięki swojej nadzwyczajne zwinności. Nie czekał przy tym na dalsze ataku opętanego, sam kontratakował. Błyskawicznie i precyzyjnie. Kontra ta zabiłaby każdego innego przeciwnika. Jednak nie tego. Opętany był mistrzem, doskonałym wojownikiem. Odskoczył, unikając czarnego ostrza. Po tym sam znów zaatakował, nie dając wampirowi wytchnienia. Jednak nie ostrzem. Skupił moc magiczna i uderzył Draga mortokinetycznym pchnięciem, prosto w pierś. Drago odleciał z tył, wyrzucony na jakieś dziesięć metrów. Jednak był Bestią. Był wampirem, a to była noc. W powietrzy wywinął salto, aby wytracić nieco energii i wylądował zgrabnie na ugiętych nogach, podpierając się demoniczną ręką. Nie czekał na dalsze ataku opętanego, tylko skoczył ku niemu. Krew wrzała w jego żyłach, lecz umysł miał klarowny. Był Protektorem. Uchylił się przed pchnięciem opętanego i zadał własne cięcie. Jego przeciwnik odbił je ostrzem katany. Drago wymierzył mu cios demoniczną ręką, chcąc go po prostu uderzyć, lecz ten uchylił się. Walczyli. Dwaj doskonali wojownicy. Byli jak dwa pierwotne żywioły. Perfekcyjne w ataku i obronie. Gdyby tę walkę zobaczył jakiś bard, niewątpliwie rozbrzmiałaby ona w pieśniach na całym Valfden. Walczyli. Drago odskoczył przed poziomym cięciem hoshu i odtrącił jego klingę, która zmierzała w stronę szyi Draga w kolejnym cięciu. Hoshu walczył doskonale. Ale Antares także. Dwaj demoniczni wojownicy w jednym starciu. Dragosani ciął szybko szablą, celując w pierś hoshu, jednak ten uniknął ciosu. Hoshu znów skupił energię magiczną i uderzył nią w mortokinetycznym pchnięciu. Drago został uderzony w ramię. Pchnięty kilka metrów w tył. Przeleciał ten dystans w powietrzu i wylądował na ziemi. Tym razem nie udało mu się ustać, upadł. Hoshu natychmiast skoczył do ataku. Antares odtoczył się szybko w bok, o włos unikając ostrza. Poderwał się błyskawicznie, tnąc poziomo szablą, aby nie dopuścić do siebie przeciwnika. Hoshu odskoczył, aby uniknąć zranienia. I natychmiast zaatakował ponownie, gdy tylko ostrze szabli go minęło. Dragosani uniknął pierwszego ciosu, drugi zbił z toru demoniczną ręką. Ostrze odskoczyło w bok, lecz natychmiast zaatakowało ponownie. Drago zablokował je szablą. Przeciwnicy odskoczyli od siebie. Przez moment okrążali się, obserwując uważnie. I znów skoczyli do walki. Hoshu pchnął ostrzem katany, lecz Drago zbił to uderzenie klingą szabli. I kontratakował. Ciał szybko niczym. Niczym uderzenie błyskawicy. Ostrze szabli tym razem dosięgnęło celu, trafiło w pierś hoshu. Rozcięło skórę i nieco ciała. Opętany syknął i odskoczył. A wampir widział jak jego rana zasklepia się. Natychmiast ruszył do ataku. Zasypał hoshu gradem ciosów. Sekwencją nazywaną sztuką krzyżową. Opętany parował każdy cios, lub unikał go. Odskoczył, chcąc zwiększyć dystans pomiędzy sobą, a wampirem. Zapewne znów chciał użyć mortokinezy. Ale Drago też miał niespodziankę dla swojego przeciwnika. Przez ostatnią chwilę koncentrował się. Skupiał moc demoniczną w ręce. Nie wlewał w nią gniewu, nie czuł go. Jego umysł był czysty. Idealnie klarowny i zdyscyplinowany. Siłą woli ukształtował moc magii demonicznej. Nadał jej postać piorunów. Takich jakie wytwarzał gniew, lecz te powstały dzięki dyscyplinie i sile woli. Pioruny Protektora. Cisnął nimi w hoshu. Opętany nie zdążył podnieść bariery mortokinetycznej. Pioruny trafiły w niego, hoshu wrzasnął i wyginał się w bolesnym łuku. Dragosani przestał wytwarzać pioruny i skoczył na rannego i poparzonego hoshu. Ciał raz, celując w rękę opętanego w której ten trzymał katanę. Pozbawił go jej. Krew trysnęła na podłoże. Zanim hoshu zdążył krzyknąć, Drago uderzył ponownie. W jego szyję. Głowa hoshu odparła od reszty ciała. Wylądowała na ziemi i potoczyła się kawałek. Bezgłowe ciało opętanego padło na ziemię.
Elrond Ñoldor:
Elrond wyszedł przed wszystkich. Skoncentrował się i wypowiedział słowa inkantacji, jednocześnie klaszcząc w dłonie:
- Izipash ipush huoshan elishash! - klaśnięcie i słowa inkantacji wywołały podmuch, który pomknął w kierunku zbitych stworzeń. Miażdżył ich słabe ciała.
- Dobić je!
Rodred:
Rzuciłem się w kierunku wrogów bezgranicznie szczęśliwy, że mogę się odegrać. Wyskoczyłem w górę. Piękną parabolą poszybowałem na pierwszego. Uderzenie demonicznej pięści rozgniotło mu czaszkę tryskając naokoło mózgiem. Mój umysł wypełniła euforia i furia. Obserwator mógłby uznać, że jestem nie mniej opętany od tych istot. Pora na następnego. Doskoczyłem do niego wyciągając topór. Już się podnosił. Wbiłem mu ostrze prosto w plecy. Korzystając z zachowanej energii przetoczyłem się po nim i wyrzuciłem go prosto w kolejnego powalając go. Kolejny skok i już byłem przy nim. Zamaszysty cios tarczą złamał mu kark. Wyczułem, że kolejny atakuje od boku. Z rykiem wściekłości wykonałem pełny obrót podnosząc się i odciąłem mu obie ręce. Cios tarczą w głowę powalił go i cięcie w klatkę wykończyło. Okrutnie się zaśmiałem patrząc na pozostałe istoty. Kto następny?! Ruszyła na mnie kolejna istota. Opętańczo machała pazurami. Uniosłem tarczę i rzuciłem się na nią powalając ją. Trzy zamaszyste ciosy pod tarczę zabiły i ją. Zastanawiałem się co z resztą i przygotowałem się do obrony.
Kermos z Baźin:
Kermos ruszył razem z nauczycielami rozglądając się wokół, czy ktoś ich nie atakuje. Jednak było tutaj tyle zdolnych magów, że z potencjalnych napastników nie zostałaby nawet kupka popiołu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej