Tereny Valfden > Dział Wypraw
Zwiastun zagłady
Isentor:
Zabójcy rozproszyli się, niektórzy z nich odparli zaklęcia przyjmując bezpośredni kontratak posiłkując się mortokinezą. 8 z nich ruszyło na magów przybyłych z odsieczą.
Rodred:
Trzymam się blisko reszty bestii nie chcąc popełnić błędu jak wczesniej. Czekam aż wampiry i ork ruszą do ataku, dopiero w tedy rusze za nimi.
Dragosani:
Cała grupa znalazła w końcu mistrza Isentora. Z tym, że miał on problem. A nawet więcej, niż jeden. Otoczony był elfimi zabójcami, którzy to usiłowali rozwlec go na swoich sztyletach. Oczywiście mistrz nie pozwalał im na to, ale też nie mógł bronić się w nieskończoność. Dlatego też Paktowcy ruszyli z odsieczą. Magowie użyli swoich czarów. Dzięki temu część zabójców przestała się skupiać na królu, skierowali się do innych członków Paktu. Osiem sztuk elfich zabójców zbliżała się szybko. Drago, i inne Bestie, znajdowały się dość blisko siebie. Wampir w mgnieniu.oka dostrzegł, że wody noszą srebrne sztylety. Zaklął w duchu. Co to w ogóle za pomysł, robić broń ze srebra? Ze srebra to się widelce robi, a nie. Jednak nie był to czas na narzekanie, trzeba było działać. Wampir poczekał, aż wody zbliżą się na jakieś piętnaście metrów. Przez te chwilę uspokajał umysł. Kształtował wolą to, co chciał zrobić. Bez śladu gniewu, czystą wolą. Gdy najbliższy elf zbliżył się na piętnaście metrów, wampir wyciągnął przed siebie demoniczną rękę i wyzwolił z niej pioruny. Zrobił to szybko, momentalnie wniesienie ręki i ciśnięcie piorunami. Chciał zaskoczyć tym szybkim atakiem elfa, tak aby ten nie zdążył wznieść bariery. W drugiej ręce cały czas trzymał szablę, na wypadek potrzeby nieco bliższego kontaktu z elfami i obrony. Gdy przestał cisnać piorunami, poczekał jeszcze moment, aż elfy zbliżą się na dziesięć metrów i Krzyknął. Wezwał swoje wampirze zdolności i wydobył z gardła Krzyk. Jego natężenie mogło sprawić ból i nawet w pewnym stopniu ogłuszyć elfy. Ułatwiłoby to dalszą walkę. Wykonując wszystkie te czynności był gotów do uniku, gdyby elfy postanowiły rzucić sztyletami.
Elrond Ñoldor:
Czarodziej zaczął czarować. A robił to piekielnie dobrze. Wybadawszy całą sytuację, doszedł do wniosku, że czarów magii umysłu nie wykorzysta, obszarowych też nie, gromów i błyskawic również. Przed kulami piorunów i kamieni się uchronią. Nie pozostało wiec Arcymagowi nic innego, jak przywlec kamienną zbroję i ruszyć do ataku w zwarciu.
Odłożył miecz i sztylet. Skrzyżował ręce na piersiach i wypowiedział słowa inkantacji.
- Aresh elishesh oshia hush ilishash! - energia magiczna wypełniająca jego ciało zaczęła przemieniać wszystkie atomy jego ciała w molekuły kamienia. Po chwili jego ciało było kamiennym posągiem. Podniósł bronie w obie ręce i ruszył do ataku. Pierwsza dopadła go dwójka elfów. Zaatakowały z dwóch rożnych stron. Ich prędkość była powalająca. Elrondowi udało się tylko sparować broniami atak jednego z nich, drugi dosięgnął jego ciała i najzwyczajniej stępił sobie srebrne sztylety na kamiennym pancerzu. Baron odwrócił się w jego stronę jednocześnie pozwalając temu z którym walczył wcześniej na celny atak, teraz to nie miało znaczenia. Sam zaatakował najpierw z dołu, celując obiema broniami w podbrzusze elfa. Sparował atak swoimi uszkodzonymi sztyletami, jednak nie do końca dobrze. Miecz był wszakże dłuższy od sztyletu. Ostrze czarodzieja rozcięło bok zabójcy.
Od razu przeszedł do szybkiego pchnięcia z obu broni. Jednak tym razem elf odbił, jednocześnie okręcając się w piruecie. Szybko znalazł się z boku czarodzieja. Szybkim ruchem wyciągnął dwa nowe sztylety i pchnął nimi w bok i pod pachę człowieka. Najwyraźniej myśląc, że tam pancerz będzie wrażliwszy. Mylił się. A ta pomyłka kosztowała go życie. Kanclerz szybkim jednym ciosem wbił mu sztylet w szyję, rozcinając gardło i aortę.
A później odleciał niczym pocisk z armaty, gdy sfrustrowany drugi przeciwnik użył mortokinezy, by go od siebie odepchnąć...
- 1
Isentor:
Zabójcy stali kilka metrów przez magiem szykując się do ataku. Spoglądając złowieszczo w psychopatycznym grymasie szczuli Isentora lewitującymi sztyletami. Moment konsternacji przed błyskawicznym atakiem, który zbliżał się nieubłaganie. Zabójcy czekali jedynie na moment nieuwagi mistrza, krótką chwilę rozproszenie, spojrzenie w bok, skupienie się na upadającym nieopodal stropie. Mały błąd mógł doprowadzić do zmasowanego ataku sztyletami zwróconymi w jego stronę. Isentor dobrze o tym wiedział, przyjmując defensywną postawę otulił się mortokinetyczną barierą. Obie strony zaatakowały w tym samym czasie, kiedy 6 sztyletów poszybowało w stronę maga ten przyciągał już do siebie jednego z zabójców. Gdy przeciwnik wpadł w ręce mistrz, który pochwycił nieszczęśnika za kark trzy ze sztyletów zdążyły znieść barierę, czwarty ugodził maga w prawe ramię zatapiając się na 6 centymetrów. Ostatnie ostrze ugodziło w brzuch unieruchomionego zabójcę, który posłużył za żywą tarczę. Jego kompani szykowali się do kolejnej salwy ostrzy, kiedy Isentor sięgnął po sztylet wbity w brzuch zabójcy i wyciągnął go powodując krwotok jego organów wewnętrznych na posadzkę.
Uruesh isash ilishesh iposh izihu ipeli!
Następnie tym samym ostrzem podciął zabójcy gardło wyrzucając broń jak i jego martwe truchło z objęcia. Krew rozlana na skale zawrzała, zaś z ciała denata wyrosły pęki pnączy wrastających się w twarde skały, które o dziwo nie stanowiły przeszkody na drodze rozkwitu śmiercionośnej rośliny. W mgnieniu oka pnącza wystrzeliły z ziemi oplątując pozostałych przy życiu trzech zabójców. W akcie desperacji próbowali zranić roślinę gotowymi już do rzutu sztyletami, jednak jej pnącza okazały się zbyt wytrzymałe. Z łodyg zaczęły wyrastać cierniste kolce, które ze stoicką gracją powoli zatapiały się w ciała ofiar sącząc krew niczym życiodajny nektar. Wysuszone do cna ciała stały się częścią rośliny, która wkrótce po konsumpcji zakwitła kwiatami o przepięknej, purpurowej barwie.
-4
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej