Tereny Valfden > Dział Wypraw
ÂŚpiący król
Evening Antarii:
- Hm... Nie wiem, ale musi być dobrym miejscem. Tu wszystko jest dobre. Myślę, że poczęstują nas czymś, a jeśli nie to mamy własne zapasy, i dadzą izby... albo izbę do spania a rano ruszymy dalej. Zostało tylko pół dnia drogi- wyjaśniła. W jej głosie było czuć jakąś... nadzieję. I podniecenie tym, co ma się dopiero wydarzyć. - Możemy sobie nawet poleniuchować! Pospać do południa a na wieczór dotrzeć do Aqtos - zauważyła.
Zbliżali się powoli do dworku. Przy bramie czekały dwa taru ale żadne z nich nie szczekało. Najpierw pokazywały zęby i marszczyły pyski albo wystawiały w stronę podróżnych czułe nosy. Jednak nie szczekały. Oczko kazała im się odczepić i rzuciła im patyk za którym pobiegły. Potem z dala obserwowały przybyszów. Drago usłyszał dochodzącą z otwartego okna muzykę graną na flecie. Była ona nieco smutna i pełna żalu. Po chwili zmieniały się pojedyncze tony i nuty, które wędrowały w górę. Muzyka była wtedy radosna i szybka, jakby nuty bawiły się w ganianego. Potem znów wracały posępne dźwięki. Była to charakterystyczna melodia, która brzmiała w całym dworze. Poza tym dźwiękiem wampir słyszał tylko stukanie sztućców, trzask ognia albo szuranie butów ale żadnej mowy czy rozmów. Mieszkańcy zasiadali do wieczerzy.
//Jest ok. 19.30
Dragosani:
A Dragosani zastanawiał się, czy naprawdę mogą pozwolić sobie na taki optymizm. Oczywiście istniało coś takiego jak gościnność, szczególnie na trakcie. Wielu ludzi i nieludzi przyjmowało strudzonych podróżnych w swoich domach. Po prostu wiedzieli z doświadczenia, że wędrówki są często wyczerpujące i chcieli pomóc. W najprostszym ludzkim (nieludzkim?) odruchu. Ale też nie brakowało na świecie osób skrajnie nieufnych i niegościnnych. Pytanie, na kogo trafili bohaterowie tej opowieści? Wprowadzili konie na podwórze przed dworkiem. Taru nie szczekały, co trochę zaskoczyło wampira. W takiej okolicy psowate powinny być tak wyuczone, aby szczekaniem właśnie ostrzegać domowników przed przybyszami. Może zwierzęta po prostu czuły, że Oczko i Drago nie stanowią zagrożenia dla domu? Wampir przywiązał konia gdzieś tam.
- Dobry pomysł z tym wyruszeniem w południe - odpowiedział dziewczynie. - Jeśli do celu dotrzemy już po zmroku, to w ewentualnej walce będę skuteczniejszy - wyjaśnił. Może brzmiało to nieco egoistycznie, lecz było po prostu praktyczne. Człowiek nocą był mniej osłabiony, niż wampir w dzień. Drago podszedł do drzwi, zerkając, czy Oczko też idzie. I zapukał. Poprawił trochę zbroję, aby wyglądać dostojniej. Dworek zdawał się należeć do kogoś majętnego. Więc może by tak wykorzystać status społeczny, aby wzbudzić zaufanie gospodarzy? Nasłuchiwał przy tym dźwięków ze środka. Węchem starał się rozpoznać posiłek, jaki właśnie mają zamiar zjeść domownicy. Szacował ilość osób po odgłosach. Zwracał uwagę na takie właśnie szczegóły.
Evening Antarii:
Oczko przywiązała Wieśka obok Maximusa. Potem dołączyła do Draga.
Otworzył im elf. Widać było że...dość sędziwy, miał siwe długie włosy i opadłe kąciki ust, lecz wyglądał bardzo dostojnie. Miał kilka tysięcy lat. Odziany w luźną, ciemnozieloną szatę, na palcu miał srebrny sygnet a na głowie także srebrną obręcz ozdobioną białymi, mętnymi kamieniami. Zaprosił ich do środka ruchem ręki. Nie uśmiechał się, nie mówił nic.
Wnętrze dworu było bardzo proste. Wchodziło się do dużej podłużnej kuchni; na jednym jej końcu było stanowisko do gotowania a na drugim drzwi prowadzące do łaźni. Wzdłuż szerokiego, masywnego stołu, siedziało jedenastu pozostałych elfów. Każdy miał sygnet, ale nikt nie nosił obręczy tak jak ten, który otworzył im drzwi. Na stole były jajka, kapusta, kwiaty w sałatkach, jelenie mięso a także miód, mleko i piwo. ÂŻaden elf nie odezwał się słowem, nie wyraził swego zdumienia czy zaciekawienia przybyszami. Jeden siedział dumnie i kroił pieczone udko, drugi częstował się rodzynkami, trzeci kiwał się na boki siedząc na krześle. Niektórzy byli bardzo starzy, niektórzy mieli młodą, jasną cerę. Długouche istoty różniły się więc wiekiem i wyglądem, ale miały te same szaty i sygnety.
Drewniana podłoga skrzypiała nieco pod stopami gości. Na niskich meblach paliły się wonne kadzidła i stały jakieś wazony, być może z "magicznymi roślinami". Jednakże całe pomieszczenie wypełniał dym o woni drzewa Sandałowego, był duszący, choć gdyby paliło się jedno kadzidło, byłby przyjemny.
Wzdłuż stołu ciągnęły się drzwi do trzynastu izb. Nad każdymi wisiał jakby wieniec z porożem, liśćmi jakiegoś tutejszego drzewa i wplecioną złotą tkaniną. Główny Elf, bo tak możemy go nazywać gdyż się nie przedstawił, wskazał gościom wolne miejsca na długich ławach i dał pozwolenie na jedzenie. Wszystko przy pomocy znaków dawanych ręką czy głową, albo zwykłym spojrzeniem.
Czterdzieści Cztery rozglądała się raczej z zaciekawieniem niż z niepokojem.
Dragosani:
Dragosani spodziewał się raczej widoku normalnej rodziny. Te elfy zaś na rodzinę nie wyglądały. Może jakieś stowarzyszenie? Zakon mnichów? Ze ślubami milczenia? Zerknął na Oczko, próbując jej spojrzeniem powiedzieć "Nie podoba mi się to". Zsunął maskę z twarzy i ściągnął kaptur. Tutaj, w budynku, promienie słońca raczej mu nie groziły. Chronił go sam budynek. Rozejrzał się dyskretnie po wnętrzu. Całkiem prosto urządzone. Z "jadalni" wychodziło trzynaście drzwi. Zaś przy stole było dwanaście elfów. Czyżby jedna komnata pozostawała wolna? Zerknął znów na Czterdzieści Cztery. Jakoś tak. Potem zwrócił uwagę na sygnety noszone przez elfy, szaty i na obręcz na głowie tego głównego. Nie wpatrywał się, po prostu zerkał. Badał szczegóły. Uśmiechnął się uprzejmie do elfów. Nic nie mówił. skoro gospodarze milczeli, najwyraźniej tak trzeba było. Rzucił tez okiem na to co elfy miały przy sobie. Widok rytualnych noży mógłby wzbudzić pewne podejrzenia. Potarł nos, starając się nie kichnąć przez dym. Potem podprowadził Czterdzieści Cztery do wolnego miejsca przy ławie. Wziął ją delikatnie za ramię i tam zaprowadził. Nie mogli przecież tak stać. Gdy dziewczyna usiadła, sam też zajął wolne miejsce. Siedząc przy wampirze, Oczko mogła wyczuć jego napięcie, jakby nie był przekonany co do dobrych zamiarów elfów.
Evening Antarii:
Główny Elf zajął miejsce w centralnej części, naprzeciwko swych gości. Najpierw wskazał dłonią usta a potem dania które znajdowały się na stole. Miało to znaczyć mniej więcej tyle co "jedzcie, do cholery!". Wszystko pachniało wybornie, Oczko ciekła ślinka od samego patrzenia.
- Dzień dobry elfy! Jesteśmy podróżnymi z Efehidonu i zmierzamy na swe ziemie na północy Zaryzykowała. Odezwała się pierwsza i trochę skłamała. A potem wyczekiwała na odpowiedź. Lecz Główny Elf przytaknął tylko głową nie wykazując większego zainteresowania.
- Wydaje mi się, że my możemy mówić. Tylko oni nie mogą się odzywać... - wyszeptała Dragowi bardzo dyskretnie. Nikt nie wlepiał w nich spojrzeń, więc mogli czuć się... stosunkowo komfortowo. - W takim razie dziękujemy za strawę. Zostaniemy tylko na jedną noc, jeśli możemy. Dziewczyna sięgnęła po chrupiące pieczywo i mięso kurczaka. Nałożyła sobie i wampirowi, bo jej towarzysz zdawał się jeszcze nieprzekonany do gospodarzy. - Powiedzcie tylko, co chcecie w zamian. Grzywny? Bronie? - spróbowała w ten sposób, lecz Elf pokiwał przecząco głową i znów wskazał na ich talerze. Oczko westchnęła zrezygnowana.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej