Podczas rozpoczętej już przez kamratów zabawy w gospodzie, zajmowałem się zapewnieniem jak najlepszych "usług" dla naszego konika zwanego przez towarzyszy Miodkiem. I tak po krótkiej rozmowie ze stajenny nasz koń pociągowy otrzymał całkiem dobrej jakości owies, który pałaszował z niespotykanym entuzjazmem. Widocznie słowa niziołka dotyczące niedokarmienia zwierzęcego towarzysza nie były tylko i wyłącznie kupiecką grą, a miały jakieś uzasadnienie w stanie faktycznym. Do tego boks w którym się znalazł też należał do tych z wyższej półki o ile można było go tak nazwać, bo trzeba przyznać, że w środku wszystko nowością nie pachniało. Nakarmiony i napojony Miodek w spokoju mógł oddać się błogiemu wypoczynkowi. Także w tym względzie moje mini zadanie zostało wykonane poprzez co zyskałem spokój ducha dotyczący losu naszego zwierzaka. Powoli bez zbędnego pośpiechu opuściłem stajnie zamieniając jeszcze kilka słów z młodym stajennym , który niezwykle zainteresowany był opowieściami z różnych stron świata. Widocznie taki przywilej młodości, chęć poznawania i odkrywania nowego oraz nieznanego. Po wyjściu ze stajni słońca już zaszło całkowicie. Podróż w takich warunkach nie wróżyła nic dobrego np chyba, że chcieliśmy stracić koło od wozu lub coś w tym stylu. Na szczęście jednak popasać nie musieliśmy w przydrożnym rowie, ale w całkiem przytulnej gospodzie. W środku tłumów może nie było, ale karczma nie świeciła pustkami. W końcu trakt był często uczęszczany więc większość klientów stanowili wędrowni handlarze, zwykli podróżnicy czy różnej maści najemnicy. Nie ociągając się odnalazłem wzrokiem dwójkę towarzyszy, którzy już zabrali się zarówno za alkohol jak i świeżo upieczoną dziczyznę. Konsumpcja przebiegała całkiem sprawnie, przepijana posiadanym alkohole, który sądząc po zapachu oraz "efekcie gardłowym" mógł być jedynym w swoim rodzaju pavulonem ulubionym trunkiem krasnoluda Yarpena.
- Całkiem zacna potrawa o trunku nie wspominając. - powiedziałem, gdy zaspokoiłem swój pierwszy głód. Ogień w kominku trzaskał wesoło, brakowało jedynie jakiejś ludowej kapeli, która mogłaby przygrywać dla strudzonych podróżą wędrowników. Rozciągnąłem się wygodnie na krześle i powoli zaczynałem robić się śpiący.