Tereny Valfden > Dział Wypraw
I Krucjata Archonta II - Zamek Tysiąca Wież
Funeris Venatio:
Poeta wparował do następnego pomieszczenia. Lewą rękę miał wyciągniętą przed siebie i niemal z przyłożenia posłał pocisk esencji w głowę wampira, który właśnie jego atakował. Ostrze banity ześlizgnęło się po napierśniku z rudy, gdy anioł zbierał energię magiczną z głębin swojej duszy. Zgrzyt metalu o metal zlał się z wypowiadaną inkantacją Izeshar. Wyraz twarzy wąpierza zmienił się z zapalczywego i pewnego siebie na zaskoczonego i niedowierzającego, że to potoczyło się w taki sposób. Miał przecież zaatakować, rozpłatać brzuch przeciwnika szybkim ciosem i ruszyć dalej, na kolejnych intruzów, którzy ośmielili się wtargnąć jakoś do budynku. Ostatnim widokiem, jaki pojawił się przed zwęglanymi oczami były białe pióra wyrastające z pleców jego zabójcy. Orzeł? Orły nie mają humanoidalnych kształtów...
Była tam jeszcze dwójka. Jeden dzierżył w dłoni sztylet, drugi miecz. Ten wyższy zaatakował pierwszy, chcąc wbić ostrze między blachy pancerza pod pachą, przecinając tętnicę i wykrwawiając przeciwnika. Robił to setki razy, atakując szybko, zwinnie, precyzyjnie i diablo skutecznie. Jego dłoń wędrowała ku górze, skręt barku, łokcia i nadgarstka nadawał ciosowi coraz to większej siły. Niższy wąpierz ciął raczej mało finezyjnie, poziomym uderzeniem chcąc wgnieść hełm, przebić się przez blachy i wbić metal głęboko w czaszkę intruza. Funerisa jednak tam nie było. W tak krótkiej i ulotnej chwili, że nikt nie potrafił jej dostrzec, ciało anioła zaczęło się rozpadać. Kawałek po kawałku, każdy element wyposażenia, który miał na sobie zaczął znikać. Jeden atom, potem kolejny, lawinowo. W chwili, gdy przestały funkcjonować w jednej przestrzeni, zaczęły w drugiej. Niższy krwiopijca o cal uniknął ataku swojego pobratymcy, który przeciął powietrze nad jego głową. Sztylet wypadł z ręki wampira. Niewypowiedziane zaskoczenia z dojmującego bólu rozlało się po całej twarzy, grymas który nie zniknie już nigdy. Wojownik Zartata obrócił się na pięcie i wbił głęboko Nelthariona w ciało swojego przeciwnika. Przedarł się przez kręgosłup, łamiąc go w dwóch-trzecich wysokości, rozrywając tkani, przerywając rdzeń. Czarne ostrze wyszło dokładnie w połowie mostka, łamiąc jego kości i wykrwawiając dodatkowo tego, który krew codziennie pijał. Silnym kopnięciem okutego w szarą rudę buta Funeris wyszarpnął z martwego wampira miecz i nastawił go, by zablokować ewentualną kontrę tego niskiego. Niekończące się godziny spędzone na potyczkach, powtarzaniu ruchów i tych samych ataków opłaciły się. Któryś z jego nauczycieli w Bractwie zawsze powtarzał, że nigdy nie wiadomo, co czai się z boku, czy za nim. Po piruecie zawsze przychodzi zastawa, nawet jak przeciwnik padł martwy na ziemię. Po sztychu unik i finta, nawet gdy jesteś sam na sam z przeciwnikiem, którego rozpłaszczyłeś na dwoje. Dlatego instynktowne postawienie miecza w pozycji obronnej uchroniło go przed ciosem tego, który dysponował niezwykłą szybkością, siłą i zwinnością. Wąpierz naparł do przodu, lecz druga ręka anioła powstrzymała go w miejscu. Telekinetyczny impuls naparł na krwiopijcę i nie pozwolił mu ruszyć do przodu. Uniesiona do ciosu ręka pozostała w połowie ruchu, gdy zakonnik wyprowadzał atak. Wampir nie był jednak bezgranicznie głupi i wiedząc, że nie przełamie niewidzialnej bariery, po prostu pomógł wykorzystał telekinetyczny atak i odbił się w tył. Jedną nogą wylądował na komodzie, która nie widziała światła słonecznego od czasu ścięcia drzewa, z którego została wykonana. Mebel skrzypnął cicho, co poniosło się echem po pustej niemalże sali, w której toczyli bezpardonową walkę. Wąpierz poleciał w bok, wyminął Poetę i natarł z prawej. Funeris zdążył cofnąć bark, by nie dostać sztychem w obojczyk. Skontrował, uderzył poziomo w kierunku bioder. Wąpierz odskoczył do tyłu i znowu ruszył. Usłyszał jakieś pojedyncze słowo i stracił wzrok. W powietrzu rozległe się szybkie, lecz wyraźnie Aenye, które uwolniło zebraną na szybkiego magiczną energię. Lewa ręka Poety powędrowała do przodu razem z prawą dzierżącą miecz. Czarne ostrze zbiło atak krwiopijcy na bok, a czar wystrzelił do przodu snopem białego światła, który uderzył w oczy nieśmiertelnego. Zwężone do granic możliwości źrenice przyjmowały tak niesamowite dawki energii, że na pewien czas wąpierz stracił całkowicie zdolność widzenia. Nie mógł więc skutecznie obronić się przed natarciem, który zafundował mu skrzydlaty. Na napierśnik wojownika padła jucha, gdy dłoń trzymająca miecz upadła z brzękiem na posadzkę twierdzy. Następny atak skrócił przeciwnika o głowę, gdy ciało stało jeszcze chwilę zdezorientowane. Padło dopiero wtedy, gdy Funeris opuścił to pomieszczenie i skierował się dalej ze swoimi towarzyszami.
2x wampir banita
Hagmar:
- Odsuńcie się. - zebrał w sobie całą dostępną moc i krzyknął z całych sił w stronę bramy - Izani qiash xugro agrosh yship hugryshiltu! Siła zaklęcia po prostu ewaporowała spory kawał bramy, na tyle duży by można było spokojnie przejść. Ten czar... był przegięty.
Dragosani:
Pozostałe wampiry, byli członkowie Sabatu, gdzieś się rozbiegli. Zapewne przeszukiwali kolejne komnaty w poszukiwaniu banitów. Sprowadziło się to ostatecznie do tego, że szanse walki miały jedynie anioły i Drago. Chyba pierwszy raz w historii zdarzyło się, aby istoty anielskie i demoniczna walczyły po tej samej stronie. Dziwne czasy nastały na świecie. Jednak nietypowość tej sytuacji, nie zmieniała faktu, że działo się to naprawdę. I musiało naprawdę zdruzgotać morale wrogich wampirów.
Dragosani wpadł do kolejnego pomieszczenia. Podejrzewał, ze skryły się tam wampiry, możliwe, że szykowały nawet zasadzkę na śmiała, który wejdzie do komnaty. Nie próbował się jednak skradać. Z wyczulonymi zmysłami wampirów to nie miałoby wielkiego sensu. Stawiał na swoją szybkość. Zaraz za wejściem krył się jeden z banitów. Widząc Draga oczywiście zaatakował go. Wykonał szybkie i podstępne cięcie. Jednak dla Dragosaniego nie było ono aż tak szybkie, jak mogłoby się wydawać. Odbił cios bułatem, po czym wskoczył głębiej w pomieszczenie, ab oddalić się nieco od przeciwnika. Wtedy zaatakował drugi, który również był w sali. Antares uchylił się przed ciosem i odbił ostrzem bułatu drugi. Wampir, który zaatakował go przy drzwiach już się zbliżał. Dragosani uskoczył w bok o kilka kroków i kopnął jakieś stare krzesło w jego stronę. Dla zwinnego banity nie stanowiło to wielkiego problemu, po prostu przeskoczył nad nim. Drago zrobił unik przed kolejnym ciosem, wampira, który czaił się w głębi pomieszczenia. Uskoczył znów w bok. Dzięki temu jeden z wampirów oddzielał go od drugiego. Uchylił się przed ciosem tego bliższego. Odbił pchnięcie sztyletem demoniczną ręką i zaatakował. Ciał najpierw w pierś, aby bólem pozbawić wampira pewności siebie. Przeszedł przez obronę krwiopijcy i zadał mu głęboką ranę. Drugi wampir już się zbliżał, więc Drago ponownie zmienił pozycję. Nie chciał, aby na razie mu on przeszkadzał. Ciął ponownie rannego wampira. Tym razem ostrze spadło na jego ramię, niemal odcinając lewą rękę. Ostatni błyskawiczny cios uderzył w szyję wampira. Głowa wampira potoczyła się pod nogi jego kompana. Ten natychmiast rzucił się do ataku. Walczył świetnie i atakował podstępnie. Jednak w walce w zwarciu liczy się głównie szybkość. A tę przewagę Drago miał po swojej stronie. Unikał ciosów, blokował je demoniczną ręką i bronią. Walczyli tak chwilę. Pojedynek wyprowadził ich na środek pomieszczenia. Wrogi wampir za plecami miał wejście, którym wszedł Drago i korytarz, którym szła sobie Patricia z Funerisem. Drago odbił wredny cios miecza demonicnzą ręką i kontratakował. Uderzył zakrzywionym ostrzem w ramię wampira, w którym to dzierżył on miecz. Bułat bez większych problemów odciął je od reszty ciała. Dragosani wykorzystał okazję. Skupił wszelkie iskry gniewu, które lęgły się w jego sercu przez tę walkę i wyzwolił je w impulsie mocy demonicznej magii. Uformował ją w postać piorunów, którymi utoczył demoniczną dłoń. Tak wzmocnioną pięścią uderzył w całej siły w głowę wampira. Prosto w twarz. Czaszka niemalże pękła na kawałki. Sam wampir zaś został odrzucony potężnym uderzeniem i wyleciał przez drzwi na korytarz. Ciało z wpół spaloną, wpół zmiażdżona głowa wylądowało na posadzce, akurat w pobliżu aniołów, które zapewne przeszukiwały pomieszczenia i sam tunel. Dragosani wyszedł zaraz za ciałem. Po demonicznej ręce wciąż jeszcze skakały ostatnie iskry. Jej tkanka lśniła błękitnym blaskiem.
Funeris Venatio:
- Wszystkie? ) spytał krótko Funeris, widząc netoperka.
Nawaar:
Dhampir odsunął się, kiedy czarny dracon rzucił zaklęcie na bramę. Ten sposób był pewniejszy, że ją wyważą niż szarpanie się w kilku. Tak bez zbędnego zmęczenia mogli zaatakować twierdzę od środka wybijając wszystko, co żyło w jej środku. Jednak trzeba było czekać na rozkazy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej