Tereny Valfden > Dział Wypraw
I Krucjata Archonta II - Zamek Tysiąca Wież
Hagmar:
Po złoto, chwały mam dość sporo. Nie zauważył że mu się rymnęło, ruszył za resztą do szturmu.
Gordian Morii:
I ruszyli pędem, a nawet galopem Gordian mknął na koszmarze pokonując dzielącą ich odległość zdecydowanie szybciej niż pozostali, często okuci w zbroje towarzysze. Szybko dotarł do bramy... no właśnie bramy, która okazała się być zamkniętą.
- Cholera jasna... - zaklął niezbyt plugawie gdyż przesmyk z oddali wydawał się w ogóle nie mieć bram, a tu taka niemiła niespodzianka. W tym czasie pozostali dotarli na miejsce.
- Ktoś ma w łapach taką moc aby wydrzeć te drzwi z zawiasów i utorować nam drogę?
Patty:
Wpadłam do pierwszego pomieszczenia z prawej, w biegu dobywając miecza. Lotki piór otarły się delikatnie o framugę, ale zdołałam już opanować trudną sztukę wchodzenia do pokoi bez łamania sobie skrzydłem. W środku stały dwa wampiry, z bronią w gotowości, widać nie przestraszyły się skrzydlatej kobiety. Uśmiechnęłam się kącikiem ust, przemieszczając się za jednego z krwiopijców, dobywając po drodze sztyletu, wbiłam srebrną klingę głęboko w plecy przeciwnika, trafiając między kręgi piersiowe, przerywając rdzeń kręgowy. Nie miałam zielonego pojęcia, czy się z tego wyliże, dla pewności przekręciłam sztylet, niszcząc kręgi i odepchnęłam ciało. Drugi wampir nie próżnował, skoczył na mnie, celując mieczem w łączenia pancerza, zasłoniłam się ręką, ostrze miecza zadźwięczało na osłonie przedramienia, warknęłam głucho i odepchnęłam wroga telekinezą, posyłając go na ścianę i rzuciłam się do przodu, składając się do skomplikowanej sekwencji ciosów. Wąpierz był już gotowy, wpadłam na mocną gardę i niemal nadziałam na kontrę, ledwo zdążyłam się cofnąć, wampir już szedł przed siebie, rąbiąc wściekle. Cofnęłam się jeszcze, wyciągając pistolet zza pasa i runęłam na wroga, pomagając sobie skrzydłami, związałam obie klingi i przystawiłam lufę broni pod szczękę przeciwnika, pociągając za spust. Pistolet wypalił, posyłając srebrną kulę prosto w mózg. To go nie zabije, ale będzie upośledzony. Następnie podeszłam do okaleczonego wcześniej wampira, sięgnęłam po dwuręczny miecz, po czym uderzyłam przepięknym, katowskim cięciem, odrąbując pół głowy, inaczej się nie dało, w końcu wampirek leżał. Poprawiłam i skrzywiłam się. Będzie na trzy, wzruszyłam ramionami i dorżnęłam chuja.
8x wampir banita - jeden upośledzony, ale śliniący się kretyn raczej nam nie zaszkodzi :3
10 - 1 = 9x srebrny nabój
Dragosani:
Trójka wampirów, Irwin, Aaron i Doren, była zagraną paczką kompanów. Przeszli razem nie jedno. Przed, jak i po przemianie. Lecz nigdy nie żyli w Sabacie. Woleli być wolnymi strzelcami, niespętanymi regułami i zasadami. Byli banitami. Jako wampiry radzili sobie świetnie. I doskonale się przy tym bawili. ÂŚmiertelni się ich bali, a oni z łatwością to wykorzystywali. Gdy usłyszeli i tym, że na dawnych ziemiach Sabatu schronienie znalazły rzesze młodych wampirów, które również nie respektowały podstawowych reguł, poczuli, że znaleźli swoje miejsce. Jako starsze i bardziej doświadczone wampiry byli tutaj nieco wyżej od młodych. I odpowiadała im taka pozycja. Z tym, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Twierdzę ktoś napadł. Ciężko było stwierdzić kto. Ăw ktoś, w liczbie kilkunastu osób, bez większych problemów wybił młodych na plaży. Potem ów tajemniczy oddział zabił wampiry, które uznały, że starcie pod twierdzą będzie dobrym pomysłem. A teraz tajemniczy oddział szykował się pewnie do ataku na samą twierdzę! Trójka kompanów nie była głupia, nie zamierzali zbędnie ryzykować. Jednak też nie chcieli wynosić się z ich nowego domu. Postanowili zastawić na napastników pułapkę. Skryli się w jednej z sal twierdzy i czekali z gotową bronią. Ktoś w końcu musiał tam przyjść, czuli to. I wtedy mogli rzucić się na niego całą trójką i dosłownie rozszarpać go na swoich mieczach. Więc czekali. Usłyszeli po chwili kroki. Ktoś zbliżał się do wejścia do pomieszczenia. Przygotowali się. I wtedy zobaczyli postać, wbiegającą do sali. Jej ręką zdawała się płonąć błękitnym. Ruszyli natychmiast. Byli zgrani. Szybcy i precyzyjni. Lecz ów ktoś był szybszy. Jakimś niepojętym cudem postać uniknęła ostrze. Zeszła im z drogi. Wtedy w umysłach trójki przyjaciół pojawiła się myśl, czy aby pozostanie w twierdzy było dobrym pomysłem. Teraz jednak było już za późno, musieli walczyć.
- Aenye! - usłyszeli nagle krzyk i z wyciągniętej ręki postaci wystrzelił porażająco jasny promień światła. Trafił w oczy Aarona. Wampir wrzasnął i zasłonił je rękoma, lecz było juz za późno. Został oślepiony. Wciąż mógł co prawda walczyć, lecz opierając sue tylko na słuchu, było to trudne. Nawet dla wampira. Irwin i Doren rzucili się na postać, chcąc jej śmierci. Nieznajomy uchylił się od pierwszego ciosu, drugi sparował czarnym bułatem. Odskoczył w tył i ponownie wyciągnął dłoń. Tym razem jednak nie krzyczał zaklęć. Po prostu cisnął z tej świecącej ręki piorunami. Wiązka energii elektrycznej uderzyła z impetem w Dorana. Irwin nie mógł nic zrobić, mógł tylko patrzeć jak jego przyjaciel umiera od tego uderzenia. I rozgorzał wnim gniew. Chciak pomścić kompana. Skupił swoje wampirze moce w Krzyku. Chciał ogłuszyć nieznajomego i zabić go. Więc Krzyknął, kierując moc dźwięku w stronę postaci. Z tym, że ona odskoczyła zwinnie w bok, wiedząc chyba, że ogłaszająca moc Krzyku uderza na wprost od źródła. Aaron przecierał oczy i nasłuchiwać, próbując zorientować się co się dzieje. A zdesperowany Irwin ponownie zaatakował. Ciął szybko, od dołu, lecz cios ten został sparowwany przez jego przeciwnika. Pchnął więc sztyletem. Jednak i tan atak nie odniósł skutku. Przeciwnik po prostu się uchylił. Fenomenalnie szybko. I też atakował, lecz Irwin się bronił. Wymienili tak kilka ciosów. W końcu jednak nieznajomy wypatrzył lukę w obronie wampira i wykorzystał ją bezlitośnie. Irwin poczuł potworny ból, gdy ostrze z czarnej rudy pozbawiło go ręki w której dzierżył miecz. Niemal oślepiony bólem nie widział kolejnego ciosu. Tego, który pozbawił go głowy. Z trójki kompanów pozostał tylko Aaron. Oślepiony u nie mający pojęcia co się dzieje. Mógł co prawda przemienić się w nietoperza i uciec. Ale nie po to ma się przyjaciół, aby ich tak zostawiać. Działał więc na słuch. Usłyszał kroki zbliżającej się postaci i instynktownie zasłonił się mieczem. Udało się! Usłyszał szczęk ostrzy, zablokował cios! Oczywiście nie mógł długo cieszyć się sukcesem, gdyż natychmiast nastąpił drugi atak. Tego już nie zdołał zablokować. Poczuł jak zakrzywione ostrze rozcina mu brzuch. Wnętrzności zaczęły wylewać się na podłogę. Ból był olbrzymi. I wtedy usłyszał świst spadającego ostrza. Poczuł tylko dotknięcie zimnego metalu na szyi. Potem nie było już nic.
Gdy głowa ostatniego banity została odcięta od ciała, Drago przystanął na chwilę nad trójką ciał. Dwoma bez głów, jednym spalonym piorunami. Kim były te wampiry? Co je skłoniło do takiego życia? Cóż... na te pytania Antares miał nigdy nie poznać odpowiedzi. I tak szczerze, niewiele go to obchodziło. Bylo wrogami. I tylko to się liczyło.
5 x Wampir banita
Nawaar:
Dhampir zaskoczony widokiem bramy, która stała teraz przed nimi niczym lita skała nie do przejścia, którą Silvaster dawno powinien widzieć z racji tego, że widzi w ciemności, tak samo jak Aragorn. Teraz widział dwa wyjścia albo spróbują ją wyrwać siłą rąk, albo Aragorn użyje swojej magii. - Możemy spróbować ją wyrwać, ale to trzeba by zrobić w parę osób, jako dhampir mam siłę wampirów, ale może ona nie wystarczyć. Wpadłem również na inny pomysł, może Aragorn wyważy drzwi czarem albo inną sztuczką?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej