Tereny Valfden > Dział Wypraw
Misja: Zrobić porządek...
Gordian Morii:
I tak jechali. Gadając o dupie i Marynie, a czasem również i o rzeczach neizwykle ważnych, jak zmieniająca się koniunkturze na cukier i przyprawy oraz nad wpływem faz księżyca na płodność bydła rogatego. Tak oto minął wieczór i poranek dnia pierwszego. A Gordian wiedział, że podróż była bardzo dobra. Drugiego dnia zaś wjechali na tereny zamiejskie, mijali wsie i samotne młyny i zaorane już pola i kupy kartofli, a czas umilali sobie graniem w "to co widzę". Tak minął wieczór i poranek dzień drugi. A Gordian wiedział, że ich podróż była bardzo dobra. Trzeciego dnia Gordian rzekł - Odpocznijmy sobie, bo podróż przed nami długa! - i znaleźli karczmę stojącą w większym siole i było tam wesele córki sołtysa, a sołtys ów był wychowany w nieznanej nikomu tutaj słowiańskiej tradycji, według której to "Gość w dom, wódka na stole." I jedli i pili, i lulki palili, i tańce, i hulanka, i swawola i nawet Termos dostał jakąś dziewkę w przydziale, więc smutny w kącie nie siedział. I tak minął wieczór i poranek dzień trzeci. A Morii wiedział, że warto było ruszyć dupę z domu. Czwartego dnia zaś wjechali w gęste bory i puszcze i mijali smolarzy i drwali, myśliwych i tych co nie myśleli. Jakiś pielgrzym gdy ich zobaczył padł krzyżem na trakcie i jął błagać o błogosławieństwo. I skinęła mu Patty ofiarując pióro, koguta z zapewnieniem, że jest to jedno z jej prywatnych lotek "skrzydelnych". Ten uradowany porzucił swe posty i pognał w te pędy do domu swego rodzinnego, by zanieść swym braciom wesołą nowinę, że anieli niebiescy po ziemi wędrują. I tak minął wieczór i poranek dzień czwarty. A Gordian wiedział, że to co robią było bardzo dobre. Dnia piątego zaś powoli do gór się zbliżyli i w sumie nic ciekawego, tego dnia nie uświadczyli. I tak minął wieczór i poranek dzień piąty. Dnia szóstego podróży gdy byli już blisko głód im zaczął doskwierać i w brzuchu burczało, a weselnej wędzonki ni bochenków chleba nie zostało na wozie ani odrobinę. Zrobili więc postój na leśnej polanie zbierając grzyby i jagody, co się zim nie lękały. Siekając je drobno wraz z leśnymi ziołami nagotowali gluaszu niezbyt bogatego w mięso toteż nie najedli się jakoś tak zbyt dokumentnie, ale przynajmniej zapełnili żołądki. To co się później w ich trzewiach zdarzyło szkoda opisywać, bo to wręcz obrzydliwe. Nie mniej z wielkim bólem doczekali rana, gdzie z dala dojrzeli krasnoludzkie ziemie. Tak minął więc wieczór i poranek dzień szósty. A Gordian już wiedział, że ze zdolnymi nie warto jeść gulaszów w lesie. Siódmego dnia nic nie robili, bo musieli odpocząć dojechali jednak cało, pół zdrowo do wioski krasnoludziej, której to nazwa umknęła mi ze zwojów pamięci. Dorwali dom rady i kilka pokojów, tytułując szlachtą i odkupieniem nieszczęsnych nabierali sił sycąc się rosołem i kaszą. Tak minął wieczór i poranek dzień siódmy. A Gordian wiedział, że żarcie krasnali jest bardzo dobre.
Nawaar:
Dhampir świetnie się bawił. I pił, i jadł na przemian.
Hagmar:
I wódka. Wódka krasnali tyż jest dobra. I tak żarli i pili i...
Kermos z Baźin:
Kermos nawet się ucieszył z atrakcji, gdyż do tej pory tylko wpatrywał się w plecy Silvastera. Korzystał z jadła, bo wódki unikał. Nie to, że ma słaby łeb, po prostu nie lubi tego smaku. A łeb ma mocny, gdyż posiada dość szybki metabolizm i żeby poczuł skutki alkoholu musiałby wpierw sobie przepalić tym trunkiem całe gardło. I jeszcze ta nieznośna czkawka, kiedy coś wypije. Cała kompania byłaby zmuszona do słuchania jego głośnego kumkania przez cały dzień. I tak podróż mu mijała gapieniem się na plecy dhampira i jedzeniem u miłych gospodarzy. W końcu było widać ich cel.
Gordian Morii:
Z samego rana gdy żołądki większości uczestników wyprawy wróciły już na swoje miejsce odklejając się od przysłowiowych kręgosłupów, Gordian poszedł do zarządcy owej miejscowości z zapytaniem w czym tak naprawdę jest problem. Sołtys wskazał mi dróżkę za stodołą, która wiodła wprost do Ekkerundzkiego wysypiska żużlu i innych materiałów pozostały po produkcji i wytopie sztab metali.
Morii wrócił więc pośpiesznie do swoich i zwołując ich w sali jadalnej powiedział.
- Sprawa jest bardzo prosta, teren jest dość wielki toteż każdy wybiera sobie własny rewir i zabija tyle umrzyków ile da radę. Ważne żeby ich zbytnio nie pocharatać, żebym mógł sobie z nich zebrać krew. Potem wrócimy po wóz i jak będziecie chcieli to albo wrócimy do stolicy, albo zostaniemy tutaj kilka dni i nabijemy sobie kabzy złotem.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej