Tereny Valfden > Dział Wypraw
Misja: Zrobić porządek...
Nawaar:
Jednak rozważania dotyczące skrzydeł się skończyły gdy obok niego usiadł kardiaszan znaczy Turdaszyn. Dhampirowi zrobiło się jakoś nieswojo, a dopiero dziwnie mu się zrobiło gdy żabolud wypowiedział swoje imię. Wtedy coś w środku kazało mu się odsunąć jak najdalej od niego, a skoro nikt nie powoził wozu stanął za jego sterem i czekał na wymarsz. Jednak padło jego zapytanie w głowie wypowiedziane, przez Aragorna. A ten umie w głowie czytać, czy ki pies?.
// Kermos <patyk>
Gordian Morii:
- Oczywiście, że posiadam. Witaj nadobna anielico, widzę, że lata szkolenia i opieprzania się na stanowisku pierwszego oficera ÂŁowcy Burz opłaciły się i możesz teraz zaszpanować przed nami pięknymi skrzydłami... przydały by mi się takie. Chociaż ja niezbyt pewnie czułbym się na wysokości. - powitałem całkiem długim zdaniem przybyłą na miejsce spotkania Patty - Swoją drogą jesteś tu jak znalazł, bo idziemy wycinać w pień setki umrzyków, przez co paladyn o wysokim stopniu wtajemniczenia będzie jak najbardziej przydatny. Ale! Ale, żadnego rzucania czarów spopielających! Rozbijanie czaszek, dekapitacja czy zwyczajne ubijanie bez zbędnego niszczenia ciał i rozchlapywania krwi, bo tej trzeba nam bardzo dużo.- dodał i podchodząc do stajennego rzekł.
- Jakby kręcił się tu jeszcze jakiś znudzony to poślij go za nami. Niech jedzie prosto na Ekkerund, tam nas znajdzie. Będzie o nas zapewne głośno. - powiedział, bo w sumie miał rację. Niecodziennie widzi się bowiem ekpię składającą się z kapitana okrętu (bez okrętu) dowodzącego drużyną składającą się z człowieka, pół wampira, przerośniętej żaby, wędzonego dracona i anielicy. Tak trzeba było uznać, że to dziwna ekipa. Brakowało tylko... nie, nie będę nic mówił, bo jeszcze się spełni.
Nawaar:
- To jedziemy. Trzymać się tam z tyłu. Powiedział i smagnął lejcami klacz, ta szarpnęła wozem. Tym, co siedzieli z tyłu lekko zarzuciło i odbili się delikatnie od burt. Widocznie Silvaster za mocno uderzył konia, ale czasami brakowało mu wyczucia. Teraz jednak jechali równym tempem jadąc środkiem ulicy, a co będą się pieprzyć. Wszyscy schodzili na chodniki a dhampirek zacieszał.
Kermos z Baźin:
Dhampir i turdnaszan w pewnym momencie spojrzeli sobie w oczy. ÂŻabolud nadął swoje worki rezonansowe, co robił bardzo rzadko. Rozległ się przy tym głośny rechot, który usłyszeli wszyscy. Odwrócił wzrok i przez resztę czasu patrzył się na drogę.
Thoran:
Jako, że jazda konna była mi obca zająłem miejsca na wozie wraz z Silvą i żaboludem. Co też za poczwary ten świat nosi widzicie i nie grzmicie bogowie. ÂŻaboludy, ludzie ze skrzydłami, cholera....
- Te umarlaki to takie stworyyy chodzące i zawodzące dniami i nocami. Cholera kto też nazwał je zombie ? - zagadałem, a w między czasie wóz podskoczył na kamieniu.
- Silva, kurna nie bujaj tym wozem tak bo czuje się jakbym był na statku ! Worków z ziemniakami nie wieziesz przecież do jasnej cholery. Delikatniej troszkę ! - krzyknąłem do Silvy.
- Prawda panie ÂŻabo ? - zagadnąłem do turnaszana, to pewnie przez to bujanie wydał ten dziwny rechotliwy dźwięk.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej