Tereny Valfden > Dział Wypraw

Schodami do nieba #1

<< < (7/19) > >>

Patty:
Skupiłam się na własnym ciele, leżącym bezwładnie na posadzce. Czułam, jak uzyskana właśnie moc delikatnie zmienia mój obraz postrzegania świata, ten proces nie był jeszcze zakończony, ale widziałam już pewne różnice, pamięć poprzedniego widzenia rzeczywistości był dość świeży, miałam porównanie. Podeszłam do swojego nieprzytomnego ciała i spróbowałam wrócić z powrotem, starając się przekonać swoje jeszcze ludzkie ciało, że moja anielska dusza jest właśnie tym, czego akurat mu trzeba.

Funeris Venatio:
Postać mężczyzny leżała na ziemi ledwie kilka metrów przed astralną esencją anioła. To było jego ciało, w którym znajdował się jeszcze... No właśnie? Jak dawno temu? Równie dobrze mógł upłynąć kwadrans, jak i kilka dni. Funeris Venatio spoglądał na swoją powłokę. Skóra, kości, krew płynąca w żyłach, ścięgna i mięśnie poruszające ciałem - to wszystko należało do niego. Takim się urodził, takim wychował i żył pod tą właśnie postacią. Teraz było to jednak pusta powłoka bez określonego właściciela, która tylko czekała, aż jej pan powróci na swe włości. Poeta pokonał tych kilka dzielących ich kroków i uklęknął tuż obok, wyciągając obie ręce przed siebie i kładąc je na wysokości klatki piersiowej leżącego człowieka. Wkroczył do wewnątrz podobnie jak przed momentem zrobił to Nelachel napełniając ich potężną łaską. Przemierzył kilometry zakończeń nerwowych, odwiedził każdą pojedynczą komórkę ciała; rozpoznał każdą jedną z nich, czując łączącą ich więź. Zaczął przenikać do wewnątrz, odnajdując swoje ulubione miejsce w swoim własnym ciele. Te jednak na początku odczuło pewną różnicę. Było tam nieco zbyt mało miejsca dla nowego jądra. Po chwili jednak wszystko poszło łatwiej.

Nelachel:
Przebudziliście się w swych ziemskich powłokach. Ogarnął was przenikliwy ból, każda zniszczona do tej pory komórka ciała próbowała się zregenerować. Stare blizny zaczynały się goić, niedawno nastawione kości zrosły się. Siniaki nabite przez Markunnra zniknęły. Czuliście się młodziej, pełni energii. Poczuliście spod napierśników dziwne uczucie na plecach. W miejscu łopatek, tuż na plecach coś was nieznośnie swędziało. Zaczynały się tam pojawiać kostne zgrubienia. Drobne i niczego jeszcze nie zapowiadające kostne zgrubienia.
- Powstańcie aniołowie!

Patty:
Ból, jaki przeniknął moje ciało, był trudny do wytrzymania. Każda stara blizna, pochodząca z wielu lat toczenia potyczek, zaczęła zarastać, zgruchotana dawno przez bełt łopatka momentalnie wróciła do swojego pierwotnego stanu. Warknęłam głucho, czując, jak nawet najmniejsze ranki goją się szybko i oparłam się dłońmi o ziemię, po czym wstałam, jeszcze z lekkim trudem, oszołomiona mnogością nowych doznań. Stanęłam na nogach, usiłując powstrzymać odruch drapania, plecy swędziały przeraźliwie. Czułam, jak kości w tym miejscu zmieniają się, przekształcając tuż pod skórą. Potrząsnęłam głową i stanęłam pewniej, patrząc na Nelachela. Doszłam już mniej więcej do siebie.

Funeris Venatio:
Paradoksalnie powrót do swojego własnego ciała był zdecydowanie mniej przyjemny, niż wyrwanie duszy wprost z niego. Wtedy wszystkiemu towarzyszyło tylko ogarniające zewsząd zimno, tym razem ból i uczucie przytłoczenia były dojmujące. Kiedy wreszcie się połączył jego materialna powłoka zaczęła reagować na nowy rdzeń, którym była anielska dusza. Złamane żebra, które złamał podczas walki z behemotem zaczęły się prostować. Kawałek po kawałku kość odzyskała dawną sprawność, wracając do pierwotnego kształtu i wytrzymałości. Gnatozrost, który wypił po powrocie do stolicy nie potrafił zdziałać aż takich cudów, nie miał wystarczających możliwości regeneracji jego tkanek. Tak samo przebity w tym samym czasie bok. Zagojona już blizna zaczęła powoli, ale wyraźnie znikać. Skóra wokół najpierw robiła się różowa, by w końcu odzyskać upragniony kolor. Bolące ostatnio lędźwie momentalnie odpuściły - najpierw Poeta poczuł wyraźne ciepło, potem niewymowną ulgę, gdy skurcz puścił mięśnie i kręgosłup odpoczął od ucisku. Nawet zadrapania na plecach, których nabawił się od paznokci Wieczorka zniknęły w ciągu chwili, zostawiając tkankę nietkniętą. Tylko to potworne swędzenie pod skórą. Nie było się nawet jak podrapać, ale Funeris wiedział, że i tak się go nie pozbędzie. Wyraźnie dało się odczuć, że formują się tam dwa zgrubienie, z których oczywiście niedługo po prostu wyrosną mu skrzydła. Stał się w końcu aniołem.
Dopiero po chwili, kiedy oswoił się ze wszystkim, powstał na nogi i poczuł się naprawdę pewnie. Jego niezachwiana postawa świadczyła, że Zartat wybrał dobrze. Patricia też już stanęła obok, w jej oczach i postawie też już było widać tę niezachwianą pewność i opanowanie. Byli aniołami Pana ÂŚwiatła, naczyniami jego wiary, powiernikami Jego słowa i ramieniem, którym karał tych, którzy czynili na jego szkodę.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej