Tereny Valfden > Dział Wypraw
Pod płatkami śniegu - czyli sztuka improwizacji Gordiana
Eric:
- I tak byś za mną poszedł, co? - westchnął ze zrezygnowaniem. - Tylko zwierzyny mi nie płosz, dobra?
I tak by nie zaufał zapewnieniom starca, bo był wręcz pewien, że będzie tym przysłowiowym wrzodem na dupie, który z kolei lepi się jak rzep psiego ogona i tak w kółko można mnożyć stare ludowe porzekadła, których mądrość jest cóż, kwestionowalna.
- Nie Jasiu, tylko Ericu, jasne? - zadbał o to, by Diomedes zapamiętał jego imię, nim ruszył w stronę północnej bramy.
Gordian Morii:
-Tak jest panie Jasiu! Nie płoszyć zwierzyny i Ericu a nie Jasiu! Rozkaz! - powiedział zatrzymując się w miejscu i salutując Ci jakbyś był generałem. Ruszyliście razem ku północnej bramie. Umilając sobie wędrówkę rozkosznym pierdoleniem o tym i o tamtym. Mijani przez Was ludzie patrzyli na waszą kompanię jak na zgraję idiotów, czemu nie pomagało wcale towarzystwo psa, kota i kawki, które cholera wie skąd pojawiły się nagle i postanowiły kroczyć za waszą dwójką krok w krok.
Eric:
ÂŁo kurwa. Może on z konkordatu czy co? - skomentował w myślach dołączenie do wesołej kompanii nowych członków z królestwa zwierząt. Podobna parada, choć rzecz jasna rozciągnięta trochę w sferze liczebności, przywodziła na myśl niedawny manifest Konkordatu, niezbyt gorąco przyjęty przez kuluary Efehidon. PR organizacji można już było o kant dupy rozbić. Przeciętny efehidończyk miał teraz to beztrosko zakrzywione stereotypami pojęcie na temat druidów, które zawierało między innymi: kopulację z owcami, dendrofilię, jedzenie stogów siana i absolutny weganizm. Eric zastanawiał się, które z nich było najgorsze. Na ten moment jako ta pięta achillesowa jawiła mu się ścieżka życia, która nie przewidywała miejsca w diecie dla potraw mięsnych. Niemal uronił łzę na myśl o tych wszystkich głupich ludziach, którzy z własnej woli odbiegali od ojczystych, mięsnych stron.
- Nooo więc, panie Diomku... Cóżeś się pan tak uczepił tego polowania, hm? - zagadnął niezobowiązująco, rytmicznie podążając w stronę lasu. Miał przecież zlecenie! Nie chciał zawieść Antka i tego oberżysty.
Gordian Morii:
- A siedziałem se wtedy przy gulaszu w karczmie i słyszę, że Cię Jasiu na polowanie Boguś wysyła. - zaczął nieco chrypliwym głosem już miał kontynuować gdy dopadł go przeraźliwy kaszel. Znawcy kaszlu powiedzieliby, że dudniło mu w płucach jak w starym kościele w czasie pożaru (a może by tak nie powiedzieli i był to tylko chory wymysł autora?). Lecz po chwili kaszel ustał a Diomedes wypluł na dłoń niewielką pestkę jabłka.
- Cholerstwo wpadnie w płuca nie wiadomo kiedy. - powiedział i wyrzucił "znalezisko" za siebie.
- No to jak mówiłem, siedzę tam i słucham, że idziesz do lasu, a ja taki myśliwy to se myślę pójdę i Ci pomogę, bo czemu nie? Ale, że żeś wydarł z tej karczmy jak oparzony, tom Cię musiał dogonić i otośmy się spotkali.
Eric:
- Seems legit Czyli te śnieżki nie były konieczne, co? - zapytał z wyrzutem. - No dobra, niech będzie. Zobaczę, jaki to z ciebie myśliwy. Jelenia to jak mniemam ugniecioną kulą śniegu upolujesz, co? - zadrwił z brodatego nieszczęśnika, który miał wyraźny problem z jedzeniem jabłek. Albo zwyczajnie był bardzo głodny i wrzucał w siebie całe ogryzki. Tak czy siak, Eric stwierdził, że fajnie by było, gdyby narrator przesunął sprytnym trikiem akcję do miejsca przez ludzi zwyczajnych nazywanego lasem. W oczekiwaniu na podobną maestrię literacką, postanowił pogwizdać. Ot tak.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej