Tereny Valfden > Dział Wypraw
Nie ma takiego dobra, które powraca złem!
Kinraya:
- Araxu! - wykrzyczała anielica poprzez krew wypluwaną z ust.
Lucas Paladin:
Solidny kopniak wymierzony prosto w brzuch rycerza. Lucas nie wiedział nawet kiedy przytulił się do podłoża po uderzeniu demona, który w chwilę zjawił się obok niego i wyprowadził cios. Ból mocno dał się we znaki zakonnikowi, nie był to bowiem jakiś chłystek, którego kopniecię mogło co najwyżej przewrócić w żołądku Lucasa wczorajszy obiad, ale potężny awatar boskiego (!) demona, dysponujący nie lada siłą. To pierwszy taki przeciwnik, z którym przyszło się Paladinowi mierzyć, był jednak pewien, że nie ostatni. Walcząc z dominującym uczuciem bólu, Lucas wstał. Jak przez mgłę słyszał słowa swojego brata, jednak wiedział dokładnie o co mi chodziło. Chwycił za pawęż i buzdygan i widząc wirującą Patty, jak najszybciej mógł dobiegł te parę metrów i z całym sił zaczął uderzać Markunnra, gdzie tylko popadło, aby chociaż trochę go zranić.
Isentor:
Demon tupnął nogą o posadzkę wytwarzając psioniczną falę, które rozerwała podłoże na strzępy. Wirująca Patty została wytrącona z równowagi lądując nieopodal. Lucas wywinął kolejnego orła odrzucony poprzez uderzenie.
- Wasze sztuczki na nic się zdadzą. Jestem zbyt potężny, by wasze zaklęcia pozbawiły mnie mocy!
Lucas Paladin:
Ciosy Lucasa na nic się nie zdały. Boski demon ponownie tupnął nóżką, tym razem o wiele mocniej niż poprzednio. Po raz pierwszy Lucas wykonał salto i to nie przy pomocy własnych umiejętności. Na szczęście upadek był na tyle szczęśliwy, że rycerzowi nikt się nie stało. Powstał i spojrzał na Funerisa. Nie wiedział bowiem jak zabrać za Markunnra, zresztą nie miał nawet na tyle siły.
Funeris Venatio:
Funeris przymknął na moment oczy.
Kapłan wspiął się na ambonę. Postawny, może nawet nieco gruby mężczyzna, którego skronie przyprószone zostały siwizną, kroczył pewnie, jednak z lekkim trudem. Białe szaty i jasna laska w kształcie pochodni wyraźnie kontrastowały z ciemnym kamieniem, z którego wykonano podest i balustradę. Symbolizować to miało zwycięstwo jasności nad mrokiem, gdzie światło zawsze wypływało na górę.
Luximus Maius odchrząknął. Tłum zebrany w bazylice lekko zafalował, zwracając uwagę na archonta. Liczne rozmowy przycichły, aż wreszcie całkowicie przepadły. Zapanowała cisza. Tak dojmująca, że obserwatorzy mogliby powiedzieć, że wszystkich ich uśpiono. ÂŻe niczym niezmącone sny napełniane są łaską Zartata, Pana ÂŚwiatła. Ale oni po prostu słuchali. Przyszli wszyscy mieszkańcy stolicy, którzy cokolwiek znaczyli. W pierwszym rzędzie zasiadał sam król z małżonką, obok niego książęta i najwyżsi kapłani innych bóstw. Delegacje każdej gildii państwowej, w szczególności Honorowy Marszałek Bractwa ÂŚwitu i sam Wielki Kanclerz. Dalej pomniejsi książęta i co ważniejsi hrabiowie. Potomkowie sławnych rodów. Było kilku Tacticusów, dwóch od Antaresa, ktoś mieniący się de Drake. Dalej baronowie, wyżsi urzędnicy, lordowie. Rajcy miejscy i szlachta panująca na swoich gminach. Cechowi. Najważniejsi i najbogatsi kupcy z małżonkami i dziećmi, lecz i tak gdzieś daleko od głównego ołtarza. ÂŚwietna akustyka miejsca pozwalała jednak usłyszeć każde jedno słowo. A archont przemawiał.
- Noc jest ciemna i pełna strachów. Ale my, choćbyśmy szli ciemną doliną, zła się nie ulękniemy, albowiem On jest z nami i przy nas pozostanie. Rozświetli mrok, przegoni koszmary i da nadzieję. Tym właśnie jest - nadzieją. - Luximus Maius zawiesił głos. Napięcie rosło, każdy nasłuchiwał w zniecierpliwieniu. - Dzisiaj obchodzimy święto tych, którzy Mu zawierzyli. Tych, którzy zaufali Jego mocy, uwierzyli w Jego prawość i oddali swoje życia właśnie Jemu. Zwykli śmiertelnicy, którzy szli na pewną śmierć. Przedzierali się przez hordy, walczyli do upadłego z imieniem na ustach tego, który jest światłem. ÂŚwiatłem. Albowiem to on rozprasza mroki nocy. To on niesie kaganek wiary tam, gdzie zgasło wszelkie światło. Potrafi rozdzielić ziarno od plew, by nie skaziło prawych i bezbronnych. Jeżeli trzeba - trawi żywym ogniem. Niczym świecąca pochodnia wypala chorobę spośród zdrowej tkanki.
Archont uderzył swoją laską w posadzkę. Ambona zmieniła kolor. Najpierw powoli, od dołu, zaczęła rozjaśniać się. Wreszcie po krótkiej chwili wybuchnęła jasnym światłem, które oblało tego, który przemawiał.
- Oni wtedy się modlili. Kiedy wszystko inne zawiodło, oni zaufali temu, który był nadzieją. Ich życia były nieznaczącym pyłkiem na drodze tego, z którym mieli się mierzyć. Jednak on nie przewidział jednego - Zartat za nimi stał. Dlatego właśnie zyskali nad nim przewagę. Dlatego to Markunnr, jeden ze starożytnych boskich demonów... upadł. Oni powierzyli mu swoje życia. A on był nadzieję. Noc jest ciemna i pełna strachów, lecz oni się nie ulękli, gdyż On był z nimi. On był nadzieją.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej