Tereny Valfden > Dział Wypraw

Konkordat puszczy i kniei

<< < (2/12) > >>

Izabell:
Elfkę zaskoczył pochód ku stolicy. Nie zdążyła się jeszcze zadomowić, znaleźć dla siebie jakiegoś przytulnego kącika. Osobiście nie chciała w ogóle do Efehidonu przybywać. Zbyt wiele przykrych wspomnień się z tym wiązało. Nie miała jednak zbyt wiele do powiedzenia w tej sprawie. Musiała odnaleźć się w tej społeczności.
Już jako dziecku opowiadano jej o potędze bogów. Teraz w tym wszystkim niemal uczestniczyła. Okrzyki przerażonych mieszkańców stolicy sprawiały jej niemal przyjemność. Wiedziała jednak, że nie powinna tak czuć z tego powodu.
Była tylko punktem w tłumie...

Gordian Morii:
Nikt nie odpowiadał zgromadzonej pod murami miejskimi grupie. Druidzi stali tak i gapili się w niebo i mury, na których pojawiło się dwa razy więcej łuczników straży miejskiej o skrytych pod przyłbicami hełmów twarzach. Dowódcy poszczególnych chorągwi przechodzili się wzdłuż blanek uważnie przyglądając się zebranym na dole bestiom i ludziom.


W pewnym momencie zebrani przed murami usłyszeli stukot podkutych kopyt. Narastał on z każdą sekundą, aż do momentu gdy brama miejska otworzyła się, a zwodzony most powoli zjechał w dół. Uzbrojony w ciężkie pancerze kwiat rycerstwa Efehidon wyjechał przed miejskie bramy rozciągając szyk wzdłuż części miejskich murów. Konie rżały i potrząsały gniewnie łbami, a ciężkie kropierze i stalowe pancerze zmieniały ich sylwetki przywodząc na myśli srebrzyste smoki.


Na czele każdej z grup stał wyszkolony rycerz półgłosem wydający polecenia odnośnie korekcji ustalonych pozycji.
Przed szereg wyjechał stary mężczyzna, który w mieście pełnił honorową funkcję Wielkiego Komtura straży.

- Jestem Wielkim Komturem tutejszej straży! - mówił, a głos jego był jak dzwon, nieznający strachu ani niepewności. - Już dawno słyszeliśmy o was i waszym bractwie. Nikt nie stawał wam na przeszkodzie, gdy przyszliście do miasta szukając ludzi. Czego więc tutaj chcecie? Valfden to wolne królestwo, nie będzie uginać kolan przed fanatykami, któregokolwiek z bogów! Wracajcie do puszczy, gdzie wasze miejsce i zostawicie miasto i króla w spokoju! To nie czas na wewnętrzne spory! Odejdźcie!

Nawaar:
Dhampir stojąc na ulicy, zaczął obserwować poczynania druidów. Jeżeli zaatakują, może to dać zalążek do rozpoczęcia wojny domowej, która zniszczy tą wyspę. Silva na razie nic nie mówił, oraz nie wyciągał żadnego z mieczy. Stał tak i czekał, aż coś się wydarzy w głębi ducha liczył na to, że leśny lud pójdzie znowu modlić się do drzew jak to zaobserwował będąc w hrabstwie Revar. Jednocześnie ucieszył się na widok, komtura straży miejskiej mógł on ich przekonać, do zmiany decyzji. Teraz czekał na odpowiedź druidów.



// Dopisz mnie.

Drasul:
- Witaj komturze! Przybyliśmy rozmówić się z Królem!

Funeris Venatio:
Funeris wychodził wtedy z domu Dragossaniego, gdy usłyszał o zwierzętach otaczających miasto. Chmury dostrzegł już sam. Powietrze nasycone lasem, nasycone wspomnieniami z dzieciństwa, kiedy mógł wyrwać się z zapchlonego miasta prosto w zakleszczony las. Roztrącał patykiem mrowiska, ganiał się z dzieciakami pośród rykowisk i pobrużdżonych skrawków ziemi, gdzie grzebały dziki. Wspinał się na drzewa, przedzierał przez chaszcze, skakał z urwisk. Nie raz był blisko złamania jakiejś kończyny, głębsze rany i zadrapania zdobywając wcale często. Ten zapach - świeży, żywiczny, trącący jakąś nienazwaną jagodową nutą. Zapach natury, wilgotnego zwierzęcego futra i mateczników. Zagajniki, polany, nieszczęsne wyręby i smolarnie. Zapach miodu z dziupli i ten smak świeżych jeżyn, który pozostał na zawsze gdzieś pod językiem. Opadłe liście, zaszklony mrozem stawek, zieleniące się rzęsą bajorko. Drzewa jednak wykarczowali, częściowo spalili, a on dorósł, terminatorem będąc. Długo tam nie pobawił, w świat ruszył, ale las lubił zawsze, pozostał mu w pamięci.
Wspiął się wyżej, na szczyt muru, który okalał miasto. Było to niedaleko wschodniej bramy, gdzie działa się główna scena, jak się miało za moment okazać. Strażnicy ustępowali mu miejsca, przepuszczali przy wykuszach, odsuwali się od machikuł, gdy podążał przed siebie. Stanął na szczycie bramy, tuż przy schodach prowadzących w dół, do stróżówki oficera, który pełnił wartę. Ten stał właśnie obok niego, patrzył w dal. Nie do końca rozumiał sytuacji. Równy szereg zwierząt i leśnych istot. Głównie elfy, ale i ludzie. Naprzeciwko nich, tuż przed bramą, kilka metrów pod stopami Poety, stali rycerze Efehidionu. W identycznych kapalinach, przeszywanicach w barwach stolicy, z jej herbem i godłem. Kropierze koni odróżniały się na tle ich boków różnej maści.
Co się ma stać? Co się właśnie dzieje?

//Możecie mnie chwilowo dopisać. Kilka postów może walnę.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej