Tereny Valfden > Dział Wypraw
Jak konkwistadorzy...
Gordian Morii:
- Pytanie dlaczego wyszliście przed nią, zamiast zniszczyć ich z niej nie narażając życia. - dodał do tego co powiedział mag.
- Dobre Mzimu słabe, nie ma mocy, gdyż złe Mzimu więzić je i zjadać. - odparł wódz.
- Gdy ÂŚwietlisty Ojciec przymyka oczy szykując się do snu, Wielkie Złe Mzimu jest potężne i wysyła swe ohydne dzieci do wioski, by zabić nasze dzieci. My musimy walczyć i chronić je. Walka włócznią to honor, a śmierć to chwała! Krycie za murem jest dla kobiet i dzieci, żadna dusza wojownika nie chce hańby ukrycia. Ona wtedy nie Mzimu, ona jak dym. - mówił a z wielkiej chaty stojącej na środku wioski wyniesiono na noszach rannego w boju wojownika. Jego noga spuchła, a ślad po ugryzieniu zamazany był jakby błotem.
Wojownicy ułożyli rannego tuż obok wiecznego ognia i z posępnymi minami wsłuchali się w ciszę.
Ciszę, którą przerwał stukot grzechotki lub czegoś co temu odpowiadało. Z niewidocznej dotąd groty wyszła otyła postać, blada jak sama śmierć z dziwnym ptakiem na ramieniu.
- Szaman... - powiedział wódz odsuwając się od rannego.
Progan:
//: Doprawdy, żałuję że nie wziąłem Gunsesa.
//: Mogłeś trochę zaczekać z tym odwrotem umrzyków ;[
- Tedy wy mówić, kiedy słońce na niebie zajdzie, a noc ogarnie świat cały, Wielkie Złe Mzimu mocniejsze? - zapytał Progan. Gdzieś się zawieruszył podczas całej walki. Kiedy zobaczył szamana przyglądał mu się dokładnie bacząc na jego zachowanie i każdy jego ruch.
Rakbar Nasard:
- Dobre Mzimu ranne i zamieni się niedługo w Złe Mzimu. Jego ranna będzie pulsować i boleć. Mam miksturę, która może pomóc, przynajmniej częściowo. Złagodzi ranę, ale trucizna chyba pozostanie w organizmie. Czy mogę mu ją podać?
Gordian Morii:
- Zamilcz. - syknął szaman i przesunął dłonią nad ciałem wojownika, które jakby oblane zimną wodą zadrżało i wygięło się w łuk.
- Duch w nim silny. Mzimu nie skaziło go swym jadem. Wypij synu Matki. - mówił chociaż w sumie nie wiadomo było do kogo. Jego głos był pusty, wręcz chłodny. Ciął uszy metalicznym skrzypieniem, które wywoływało ciarki. Wojownicy ustawieni wokół rannego zaczęli dosłownie padać jak muchy. Jeden po drugim przewracali oczami i z łoskotem zwalali się na ziemię jak cięte kłody.
Gordian patrzył na to wszystko z konsternacją, nie odzywając się ani słowem. Gestem nakazał tylko odejście na "w miarę bezpieczną odległość" by naradzić się ze swoimi.
Wszyscy usadowili się na leżącym nieopodal pniaku wysokiej palmy.
- Szczerze jestem zaszokowany tym co widzę, dlatego chcę was zapytać o radę. Kontynuujemy naszą wyprawę do chramu czy zawracamy na statek i zostawiamy ich w spokoju. Nie podoba mi się to, a nie chcę Was narażać, na jakieś bzdurne niebezpieczeństwo. Na pewno odpuszczamy polowanie. Nie będziemy się nawet za to zabierać. Ojciec zrozumie, a jak nie to będzie miał tak zwany problem. To jak, co robimy?
Progan:
Progan długo bił się z myślami, po czym odezwał się
- Gordianie, mogę? - chcąc wyrazić swoje zdanie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej