Tereny Valfden > Dział Wypraw

Jak konkwistadorzy...

<< < (9/38) > >>

TheMo:
Gdy dobił do brzegu lekko zaskoczyło go plemię. Powoli wysiadł z szalupy trzymając ręce na widoku. Głupotą byłoby podejmować teraz walkę, samemu. Nie protestował, gdy tubylcy rozładowywali ładunek. Przynajmniej miał mniej roboty. Usłyszał rozkaz kapitana. Może i dżungla będzie nam przyjazna dzięki nim, ale czy oni będą przyjaźni nam. Tutaj Themo miał lekkie wątpliwości. Wolał zostawić gadanie kapitanowi, gdyż on sam mógłby ich łatwo zdenerwować.

Gordian Morii:
-Ketulets'h - ÂŁowcy. Jedni z najlepszych wojowników w dżungli. - odpowiedział Proganowi i sam wyszedł z łodzi.
Stojący na brzegu mężczyzna poruszył się i podszedł do kapitana lekkim krokiem, tak, że na piachu nie pozostały prawie żadne ślady. Co było dziwne z uwagi na dość muskularną sylwetkę człowieka.
- Witaj na naszej ziemi Synu Morza. Jesteśmy jak prosiłeś. Dziękujemy za dary. Na imię mi Herath, jestem synem Wodza Erath'a, który wypowiedział wojnę złemu Mzimu i pokonał je poświęcając swe życie i ciało, a kiedyś powróci w chwale, jako Dobre Mzimu, które zaopiekuje się naszą wioską.
Gordian z uwagą wysłuchał powitania Heratha gdyż jak nakazywał obyczaj nie wolno było przerywać wodzowi, a poza tym tylko on z tu obecnych słyszał to powitanie już kilkanaście razy.
- Witaj przyjacielu. Przywiozłem dla was to o co prosiliście. Liny, sieci i pułapki. Mam też dla Was inne zadanie, ale o nim porozmawiamy już w wiosce. - powiedział i przywitał się z wodzem.
Tymczasem pozostali marynarze dopłynęli do brzegu i wyciągnęli łodzie na brzeg. Wiosła wrzucono na dno, a całość przykryto brezentem, aby niepotrzebnie nie gromadziły one wody.

Rakbar Nasard:
- Elish Qiashib, nieznajomy. - uniósł rękę w górę i nie powiedzial nic więcej. Wyszedł na brzeg i czekał, bacznie obserwując tubylców. Nie spotkał nigdy im podobnych osobników, dlatego obserwował ich głównie z ciekawości, niż podejrzliwości.

TheMo:
Odetchnął z ulgą słysząc rozmowę kapitana z wodzem wioski. Stanął przy reszcie załogi, która dobiła do brzegu i czekał na dalsze ruchy.

Gordian Morii:
Ruszyliśmy wgłąb dżungli za ludźmi niosącymi pakunki odebrane nota bene z naszych własnych łodzi. Indiane (bo tak dla ułatwienia ich nazywajmy, chociaż nie mają oni z indianami niczego wspólnego) przemykali szybko między bujną roślinnościom dzięki znajomości ścieżek i leśnych duktów ukrytych przed naszymi oczyma.
Znali ten las, znali wszelkie przeszkody i udogodnienia. Wiedzieli gdzie można bezpiecznie stanąć a którą kupkę liści lepiej minąć z daleka. Dżungla była niebezpieczna, pełna dziwnych roślin i kolczastych drzew, których dotknięcie mogłoby być bardzo ryzykowne. Ale najbardziej dokuczliwe były same owady. Moskity, jakieś muchy i włażące do uszu i nosa skrzydlate "gówna", które przez tubylców nazywane były "EheEhe" chyba z uwagi na ich dziwne brzęczenie, które nie przypominało marynarzom żadnych znanych im owadów.
W pewnym momencie dżungla jakby zniknęła. Grupa wyszła na niewielką polanę na jej końcu znajdował się wąwóz zamknięty solidną bramą.
- Dżungla matką, nie tylko dla Ketulets'h. Plemię toczyć wojna z innymi synami matki. Brama do wioski jest tu. - powiedział nasz przewodnik i składając dłonie w niezwykle dziwny sposób przytknął je do ust i nisko "zabuczał?" w każdym razie wydał z siebie niski, drgający dźwięk.
Nad bramą pojawił się strażnik, który odpowiadając takim samym dźwiękiem otworzył wrota.

- Wioska zaprasza. - powiedział gdy brama była już całkiem otwarta i ruszył wprowadzając was do środka.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej