Funeris rozbudził się całkowicie, leżąc kilka dłuższych chwil na twardym posłaniu. W głowie ciągle kołatały mu myśli, obrazy. Jeszcze pamiętał wyraźnie wszystkie szczegóły, jak to chwilę po przebudzeniu. Istoty, które mają w zwyczaju śnić, zazwyczaj szybko zapominają swoje projekcje umysłowe, najpóźniej kilka minut po przebudzeniu mara jest tylko ulotnym wspomnieniem czegoś, co się wytworzyło pod rozbudzoną myślami czaszką. Funeris gdzieś kiedyś słyszał, że najwięcej śnią ludzie, maureni i elfy. Ci ostatni najczęściej też sny zapamiętują i odbierają je największą ilością zmysłów. Człowiek jednak nadal czuł na swoim ciele wszystkie macki, które go oplatały podczas tej dziwnej... przygody. Wszystko wydawało się tak naturalne i realne, że mógłby się zatracić w tym świecie i nawet nie wiedzieć, że on tak naprawdę śni. Rycerz doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że istota, w którą się zmienił, to był anioł. Wojownik Zartata, trzon jego armii, przedstawiciel niebios, wysłannik. Poeta pamiętał też świetnie, że nieliczni z zakonników bractwa będą godni dostąpienia zaszczytu otrzymania anielskich łask, by móc właśnie stać się kimś, kogo człowiek widział we śnie. Widział siebie.
Przestał o tym przez moment myśleć. Dźwignął ciało, by usiąść. Do środka, pod pokład, nie wpadało wiele światła. Panował tutaj raczej półmrok, w którym jednak dało się wszytko w miarę dobrze widzieć, o ile oczy się przyzwyczaiły. Otarł spocone ciało kawałkiem jakiejś szmaty, która wisiała gdzieś z boku. Nie śmierdziała i miała w miarę naturalny kolor, więc Poeta uznał, że można ją spokojnie wykorzystać. Zaczął od twarzy, potem kark i plecy. Czuł się nieco lepiej, więc przywdział koszulę, której nie pamiętał, żeby zdejmował. Dziwna sytuacja. Z samego ranka, gdy wszyscy zalegli po podróży na swoich wyrach, zdjął zbroję, ale tylko ją. Walnął się na koję, ale cały czas w koszuli i spodniach. Postanowił nie głowić się nad tym, i tak pewnie nie doszedłby do żadnej logicznej konkluzji. Spojrzał na Patty, która leżała gdzieś po drugiej stronie dolnego pokładu. Raczej nie ruszała się, by zdjąć mu płótno z klatki piersiowej, więc ten scenariusz można odrzucić. Anette raczej nie podejrzewał. Reszta męskich członków kompanii na razie nie przejawiała żadnych homoseksualnych zapędów, więc tę myśl też szybko porzucił. Już w wysłużonej nieco koszuli, chwycił za resztę ekwipunku. Postanowił przywdziać całość, nie wiedząc która część zbroi może mu się przydać na morzu. Nie martwił się zmęczeniem ciała poprzez dźwiganie całości blach, w końcu miał naprawdę świetnie zbudowane ciało, twarde, mocne mięśnie i był zahartowany długotrwałym treningiem w Bractwie ÂŚwitu. Nie zastanawiając się więc, naciągnął swoje okute buciory i ułożył pewnie stopy. Zasznurował porządnie, by nie nabawić się kontuzji i zabrał się za resztę. Nagolenniki przyłożył do piszczeli i również zawiązał rzemienie. Przymocował kirys, posprawdzał sprzączki i klamry, puknął kilka razy i wziął w dłonie kiścień, który miał przypięty do pasa. Często zapominał, że go w ogóle nosi. Po powrocie do Bractwa może zmieni swoją broń zapasową, na coś nieco sztywniejszego, może buzdygan. Przy lewej biodrze dumnie zawisł zdobyczny Neltharion, czarny miecz wykonany z najlepszej z rud dostępnych na terenie królestwa. Niesamowita ostrość, relatywnie mała waga, świetne właściwości. Oręż idealny. Szybko przysposobił się do końca i wyszedł spod pokładu. Kilku towarzyszy znajdowało się już na górze. Aragorn coś siorbał, Nathaniel coś tam do niego gadał, Drago i Darlenit nie robili nic konkretnego, gdzieś tam kręcił się Lucas. Poeta przemknął cicho na kasztel rufowy, gdzie w tej chwili znajdował się sternik wraz z kapitanem. Rozmawiali o czymś cicho, wskazując sobie kierunki i patrząc na busolę. Funeris przykucnął na niewielkim wypuście z desek, który od biedy można było uznać za ławę do siedzenia. Starożytny dracoński artefakt zaczął działać. Roztaczał wokół siebie, a dokładniej z wnętrza tego czerwonego kryształu, światło tej samej barwy, które rozganiało mgłę. Promień tafli morza niepokrytego mgłą wynosił jakieś siedemset metrów, może nieco więcej. Woda była spokojna, mocno nie wiało, nie zbierały się też sztormowe chmury. Ot, pozorna sielanka. Rycerz nie widział, ile już płynęli ani też jaką drogę pokonali. Mgła zasnuwała teren wokół. Człowiek zdał sobie sprawę, że w ciągle świeżym śnie nie widział mgły. Mogło to znaczyć, że artefakt ją rozgoni i nie narażali życia na marne w katakumbach. Mógł to też przecież być zwykły sen i nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością.
Zartat jeden wie, co ich czeka. Rycerz poświęcił swoje życie właśnie jemu i poprzysiągł, że będzie wykonywał jego wolę. Bóg mu się jednak jeszcze nie objawił, nie rozmawiał z nim, jak niektórzy, ale widział anielicę, która jest niezwykle namacalnym dowodem, że to nie tylko urojenia umysłów, które potrzebują sił wyższych, które miałyby nad nimi czuwać. Wszyscy bogowie oddziaływali na życie śmiertelnych w różnym stopniu. Funeris zamknął oczy i czuł, że ktoś tam nad nim czuwa. Próbował wysłać kilka myśli do ÂŚwietlistego Pana, by ich wysłuchał i spojrzał przychylniej na swojego sługę na tym świecie. Wiedział, że wyprawa niesie ze sobą wielkie niebezpieczeństwo, która czai się nie tylko nad nim samym, ale też i nad jego towarzyszami. Niektórzy swego czasu pogardliwie odnosili się w stosunku do Zartata, lecz rycerz ich za to nie gaił. Modlił się za nich równie szczerze, jak za tych, których uważał za swoich przyjaciół. Jak na przykład Lucasa Paladina, brata z zakonu. Nie znali się długo, lecz czuć było między nimi, że to wierni sobie towarzysze, którzy gotowi są na poświęcenia. Podobnie Aragorn. Wielki czarny dracon, który wydawał się co najmniej przychylny wobec człowieka. Oni wszyscy zasługiwali, by przeżyć tę wyprawę i powrócić spokojnie na Valfedn, meldując królowi, że mgła rozgoniona, wszyscy cali i można chociaż przez moment cieszyć się z sukcesu.