Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Raz kozie mgle: Atusel i morze

<< < (77/129) > >>

Dragosani:
Drago dopił piwo, zostawił prawie nietknięty stek i udał się na statek. Będąc tam najpierw poddał się medytacji, podobnie jak Mogul. Jednak on skupił się na oczyszczeniu umysłu z emocji, które w walce mogłyby tylko rozpraszać. Potrzebował klarownego umysłu, aby działać jak najskuteczniej. Medytował jakiś czas, po czym uznał, że warto dać też wypocząć ciału. Znalazł sobie miejsce i poszedł spać.

TheMo:
Zjadł wszystko, co zamówił.
Będzie czym wymiotować.
Udał się za towarzyszami do kajuty. Na miejscu położył się na koi i usnął.

Canis:
Salazar także udał się na statek co by odpocząć przed wypłynięciem...

Devristus Morii:
//A teraz jade na 12 godzin do pracy ;/

Kiedy wszyscy spali Devristus podszedł do urządzenia, które stało pośrodku statku. Popatrzył na nie i westchnął. Obyś zadziała, bo w Tobie jedyna nadzieja. Położył rękę na maszynie i zaczął szukać klapy, przycisku. Po paru minutach znalazł zgrubienie na metalowej powłoce i wcisnął. Usłyszał szczęk, a potem pracę całej maszyny. Kryształ od machiny zapulsował czerwonym światłem i wyleciał z niego wiązki czerwonego światła, które utworzyły w okół statku kulistą barierę o 750 metrów. Liszowi zaparło dech w płucach, na widok działającej maszyny.
Kapitanie! Możemy ruszać

Funeris Venatio:
Zasiedli spokojnie w karczmie, gdzie Poeta nie obżerał się zbytnio. Już w zajeździe na trakcie, niespełna kilka godzin wcześniej, najadł się całkiem nieźle, więc głodu nie odczuwał. Raczej poskubał dziczyzny, niż się nią opychał, ale jednego kufla świeżego, niepasteryzowanego piwa na pewno nie odmówił. Jasne, klarowne, przefiltrowywane, jak to się ostatnio coraz częściej robiło, żeby zachować trunek w dobrej kondycji przez kilka dni dłużej. Popijał niespiesznie, nie odzywając się raczej. Przytakiwał Aragornowi, gdy ten wspominał soczysty tyłeczek Patty, kwitował zrozumieniem wywody Dragossaniego - w końcu sam mógłby się rozwodzić z takim pietyzmem o kilku sprawach, chociaż niekoniecznie o krwi. Wampir po prostu wiedział o czym mówi i widać było, że jego wiedza jest poparta wieloletnim doświadczeniem i zbieraniem odpowiednich materiałów do... badań.
Już na statku wszyscy znaleźli się we wspólnej kajucie, jak to bywa na takich łajbach. Rycerz ściągnął tarczę, odpiął pas z mieczem, hełm położył przy bezgłowiu "łóżka", ściągnął kirys i okute w stal buty. Nawet jeżeli coś by ich teraz zaatakowało, to miał jeszcze czas, by się szybko przysposobić; te nowe zbroje robiono naprawdę po mistrzowsku, by móc zakładać je w oka mgnieniu i to samemu, bez pomocy pazia, czy giermka. Teraz najważniejszy był sen, który miał pomóc odzyskać nadwątlone siły...

Jakaś śliska rzecz musnęła go po policzku. Delikatnie, ledwo wyczuwalnie, niczym pocałunek kochanki, z którą całą zeszłą noc uprawiał miłosne zawody. Próbował sobie wyobrazić ją leżącą tuż obok, z lśniącym od potu ciałem, z krągłymi, jędrnymi piersiami, smukłą talią, kształtną pupą i długimi nogami aż do samej ziemi. Coś jednak mu w tym wyobrażeniu nie pasowało. Kochanka znów musnęła go swoimi wydatnymi wargami, tym razem w jego własne usta. Pieścili się chwilę, jego ręce wędrowały po jej ciele, ona wpijała swoje dłonie w jego ciemne włosy, poruszała rytmicznie biodrami, by rozgrzać w nim namiętność. Jej język lawirował w jego ustach... Lecz w tym języku było coś nie tak. Piękność dała się nadziać na jego członka, sycząc z rozkoszy. Lecz syczała w jakiś nieokreślony, nieznany i niezbyt przyjemny sposób. Gdzieś Poecie świtało, gdzie mógł słyszeć taki dźwięk, lecz wyobraźnię zalewały teraz inne obrazy, zmysły były wyostrzone do granic możliwości, ale zajmowały się tylko jednym, odbierając wszystkie naraz rozkosz, jaką dawała im kobieta. Kobieta, w której było coś nie tak. Wtem zrozumiał, że język to nie język. Wrota rozkoszy kochanki nie były jej pochwą. Ręce, które błądziły po ciele, by znaleźć się wokół szyi nie były rękami. To były macki. ÂŚliskie, z wypustkami, naroślami, pokryte dziwaczną substancją. Jedna z nich wchodziła rycerzowi do gardła, dławiąc go i odbierając dostęp powietrza. Druga zaciskała się wokół gardła, jeszcze potęgując duszenie. Wreszcie trzecia owinęła się na kroczu, pędząc dalej w szaleńczym tańcu śmierci wokół całego brzucha, ściskając organy wewnętrzne i pozbawiając je życia. Zakonnik szarpał się, wyrywał, miotał, lecz bezskutecznie. Jego ręce przywarły do boków wąskiego łóżka, nogi zostały skrępowane. Przez pierś prześlizgnęła się następna odrażająca macka, która miażdżyła żebra i wszystko, co pod nimi z nieludzką wręcz siłą. Bo i nie było mowy o żadnym człowieku. To starożytna bestia dusiła go, odbierając resztki energii, jakby działała w imię wyższych spraw. Jakby przeczuwała, że człowiek w niedalekiej przyszłości stanie się kimś więcej, niż tylko paladynem Bractwa ÂŚwitu. Lewiatan wiedział, że Zartat czuwa nad tą istotą i nie ma wobec niej poważne, dalekosiężne plany. A wojowników boga światła Lewiatan zwykł niszczyć w swoim śmiertelnym uścisku. Lecz coś znowu było nie tak. Tym razem to obślizgłe odnóża bestii z morskich otchłani zaczęły się niespokojnie wierzgać. Człowiek był na skraju życia i śmierci, gdy z wewnątrz jego gardła zaczęło bić światło. Na początku blade, nieokreślonego koloru, które przybierało na sile z każdą cenną chwilą. Prawa ręka rycerza podźwignęła się z uścisku, jednym skurczem mięśni rozrywając w strzępy przyklejone doń macki. Tak samo druga, w identyczny sposób, rozbryzgując wszędzie wokół nieczystą materię. ÂŚwiatło przybrało na sile, gdy pierś człowieka przestała się zapadać, rozprężając się w oddechu życia. Lewiatan w akcie desperacji zerwał całą górną część ich statku. Jednak wszyscy zdawali się spać, jakby zaklęto ich w kamień, nikt się nie poruszał. Wielka, cuchnąca paszcza starożytnej bestii kłapała tysiącami wielkich, spiralnie ułożonych zębów. Każdy był wielkości dłoni dorosłego mężczyzny, ostry niczym oręż z czarnej rudy. Funeris wydawał się ledwie kropką na tle stwora. Niebo, które całe przykryte było gęstymi czarnymi chmurami, zaczęło się gdzieniegdzie rozpogadzać. Pierwsze promienie południowego słońca padły na postać, która rozrywała macki, niczym niewolnik kajdany. Mulier amicta sole, niewiasta obleczona słońcem, chociaż nad nią był księżyc i gwiazdy; takie skojarzenia z którejś starej księgi mógłby mieć ktoś, kto spoglądałby wtedy na to z boku. Lecz zamiast niewiasty, która miała być jednym ze zwiastunów końca świata, w jej miejscu znajdował się mężczyzna, unoszący się w powietrzu na dwóch majestatycznych, złotych skrzydłach. Jego nagie umięśnione ciało lśniło, a w prawej ręce trzymał dzierżył płonący miecz wiary, która zawsze gorąco paliła się w jego sercu. Anielska postać runęła w dół, ku paszy Lewiatana...

... a Poeta obudził się zlany potem w kajucie fregaty Aquila, która leniwie płynęła po wodach otaczających królestwo Valfden.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej