Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Raz kozie mgle: Atusel i morze

<< < (32/129) > >>

Nawaar:
Elf wolał pilnować artefaktu zamiast zobaczyć kawał dobrej walki, lecz wiedział że taką zobaczy jeszcze nie raz, nie dwa dlatego sobie odpuścił. Jednakże w brzuchu mu burczało jak niejednemu na tej wyprawie, przynajmniej w ostatnim czasie. To też czekał, aż ktoś coś przyniesie do jedzenia. Sam by poszedł, ale nie wiedział w końcu kto płaci i takie tam.

Funeris Venatio:
Kilka osób poszło za zajazd, by dopingować wampira, który jest w pewnym sensie bestią, jak to określali, i orka, który chyba też miał coś z tym wspólnego. Funeris nie bardzo rozumiał znaczenie tych określeń, nie bardzo go nawet teraz interesowały. Ot, jakieś tam następne zdolności niekwestionowanych bohaterów Valfden, wielkich wojowników, towarzyszy broni. Po wyprawie - jeżeli oczywiście Poeta wyjdzie z niej cało, lub względnie cało - przyjdzie czas na dokształcanie się. Trzeba będzie poznać różne profesje i specjalizacje, którymi szczycą się dwie największe, obok Bractwa, organizacje w królestwie. Możliwe, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego, ale to się dopiero ma okazać.
Rycerz został na swoim posterunku. Nie zsiadał z konia, nie dekoncentrował się, po prostu czekał tam, gdzie go ostatnio widziano - przy wozie z artefaktem. Polecenie dostali wyraźne, mają bezpiecznie dowieźć dracońskie urządzenie do portu w Atusel, zapakować na fregatę, bądź inny typ statku i zniszczyć tę cholerną mgłę, która ich wszystkich otacza. Która nie pozwala przebyć mórz, która utrudnia handel, rozszerzanie wpływów i zysków hrabiom i baronom, które wreszcie odgradza wszystkich od strasznego i krwiożerczego Maeneba.
Zakonnik rozglądał się. Z towarzyszy na pewno nie było widać Mogula i Draga, którzy się pojedynkowali; Lucas zniknął z nimi, tak samo Thor i Themo, posiadacze podobnych imion, lecz zupełnie inne postacie. Razem z nim, na warcie, jak to można określić, pozostał na pewno Nathaniel, elf. Poeta nie wdawał się z nim w dyskusję, ten po prostu siedział i się nie odzywał. Lepsze to niż następne, zupełnie niepotrzebne utarczki słowne. Te zresztą zażenowały nieco jedną z dwóch kobiet w towarzystwie, Anette. Stała teraz strzemię w strzemię z obiektem adoracji Lucasa, Patricią de Drake, naszą paladyn. O czymś tam przez moment rozmawiały, rycerz nie słyszał jednak słów.

//Post na początku nieco chaotyczny chyba, bo jeszcze trochę śpię... :)

Elrond Ñoldor:
Elronda obudziły uderzenia metal o metal. Najpierw myślał, że ktoś ich atakuje, ale później zdał sobie sprawę, że to dwie Bestie ze sobą walczą. Przeciągnął się, rozciągnął.

Hagmar:
- Elrond, masz tu 200 grzywien i idź nam po jakieś Valfburgery czy coś. Dla mnie duży kubeł kurczaka. Karczma ta wprowadziła pewną dziwaczną nowość, wydawała bowiem wysoko kaloryczne posiłki na wynos w bardzo krótkim czasie.

Zostaje: 12051 grz.

Elrond Ñoldor:
Parsknął śmiechem, prawie oblał się pitą wodą.
- Aragorni, ja Ciebie proszę. Bez przesady. Co to ja jestem? Chłopiec na posyłki? Słońce za bardzo przygrzało? - powiedział prostując się z gracją. Odrzucił bukłaczek na wóz, zeskoczył z niego.
- Jesteś moim wasalem, to prawda. Ale są pewne granice, dobrego smaku, że tak powiem. I na przyszłość zapamiętaj sobie by mnie nie pomylić z kimś, kim nie jestem. Możesz wysłać któregoś z nowych. Niech się wykazują.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej