Tereny Valfden > Dział Wypraw
Jak konie w galopie II
Funeris Venatio:
5 grzywien!
Kuhin Acker:
Rekrut podrapał się po głowie. Bardzo dziwne... Skądże by się tutaj miały one wziąć? - Oczywiście zabrał je. W końcu to dwudziesta część jego tygodniowego wynagrodzenia. Zaczął się jednak rozglądać, co też mogło spowodować, że ktoś je tutaj zgubił. Bo miał wrażenie, że w tych czasach to każdy broni swoich pieniędzy jak tylko może.
Funeris Venatio:
Nikt ich nie bronił, nikt się nie zasadził, po prostu komuś wypadły z kiesy, gdy przemierzał ten szlak. Najzwyczajniej w świecie. Takie rzeczy się zdarzają, no cóż.
Kuhin Acker:
Cóż... Nic nie widać więc jadę dalej. - pomyślał Kuhin. Spojrzał jeszcze raz na drogowskaz czy aby na pewno jedzie w dobrym kierunku i ruszył do Donak.
Funeris Venatio:
Na miejsce dotarł niedługo potem, góra godzinę względnie spokojnej jazdy. Rekrut mijał po drodze sarenki, zajączki, żuczki, żabki i kilka ptaszków na niebie, które z zapamiętania godnym uporem chciały go perfidnie osrać w locie. ÂŻadnemu na szczęście się nie udało, toteż podróż przebiegała naprawdę sielsko.
Na wzgórzu wyłaniały się pierwsze zabudowania wioski. Spora ilość chatek, o dziwo murowanych, nie drewnianych, z których leniwie unosiły się cieniutkie strużki dymu, stało przy głównej ulicy, nad którą rozpięto zwieńczenie w postaci grubej, szerokiej deski z wymalowanymi niezbyt pięknie wierzchowcami w galopie. Już piękniej by wyglądało, gdyby zostawiono widok na czyste niebo nad nami. Były to przede wszystkim budynki mieszkalne, ale też jakaś karczma, czy też parę warsztatów. Po wjeździe w teren zabudowań, już na wzgórzu, rozciągał się widok na stadninę. Wielkie połacie otwartego terenu na łagodnym zboczu sięgały niemalże po horyznot, odgrodzone co jakiś czas wysokimi i mocnymi płotami. Nie pozwalały one uciec cennym wierzchowcom w siną dal. Rekrut bractwa podążał z wolna udeptanym szlakiem, mijając pracowników przy różnych pracach. Ktoś naprawiał płot, ktoś inny poganiał różnorakiej maści zwierzęta, jeszcze ktoś po prostu się przechadzał, skubiąc słomkę. Na końcu drogi wjeżdżało się na teren majestatycznej hacjendy, której nie powstydziłby się nie jeden szlachetnie urodzony człowiek. Albo elf, ewentualnie mauren, chociaż raczej nie krasnolud. Tuż po wjeździe na teren domostwa, rekruta dostrzegł zakonnik o znajomej twarzy, Nekker. Zawołał go do siebie ruchem ręki. Pochwycił uzdę jego konia i przywitał się.
- Widzę, że jednak udało Ci się dotrzeć. Witaj.
//Godzina jest 13:40
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej