Tereny Valfden > Dział Wypraw

Południowo-zachodnie ruiny Gildii II

<< < (2/7) > >>

Devristus Morii:
Jednakże rotish wycofał się i zaatakował ponownie rozcinając Ci lewe ramię w postaci długiej na 6 centymetrów i głębokiej na 1 centymetr rany. Drugi rotish zawrócił i szykuje się do kolejnego ataku.

Lucjan Vilfild:
Rana nie była poważna. Tyle dobrego. Pozostałe sprawy nie wyglądały już tak dobrze. Przeciwnicy okazali się szybsi niż Lucjan przypuszczał. Nie mógł zwyczajnie minąć potworów. Nie mogł uciec do dżungli, bo tam pewnie siedzi ich więcej. I oczywiście nie mogł zawrócić  by przyznać się do niewykonania zadania z powodu tych dwóch “drobnych” przeszkód. To nie byłoby zachowanie godne profesjonalisty na jakiego chciał wyglądać i jakim się czuł. Nie widząc innego wyjścia, Lucjan zaczął się cofać unikając kolejnych ataków odnóży potwora. Drugi czaił się za towarzyszem nie widząc może dla siebie miejsca do ataku. Beznadziejna sytuacja. Miał przed sobą dwie bestie, które odcinały mu swoimi cielskami drogę powrotną do Paktu... Drogę, na której został jego koń. Oczekiwanie pomocy od zwierzaka wydawało się szaleństwem, kto jednak mówi, że koń ma mu pomóc świadomie. Wykonując kolejne uniki i starając się nie dopuścić do siebie potwora odpędzając go mieczem i toporem, Lucjan zagiwzdał głośno. Koń przybiegł na wezwanie właściciela, zarżał głośno ze strachu i stanął na dwóch nogach młócąc powietrze przednimi kopytami. Naturalnie nie miał zamiaru podchodzić bliżej walczących. Wielkie owady odwróciły się w stronę wierzchowca Lucjana chcąc sprawdzić któż to przeszkadza im w zdobyciu pożwywienia. Vilfild wykorzystując dobry moment do ataku, postąił krok do przodu i z rozmachem rąbnął Rotisha stojącego przed nim w odnóże, na którym stał. Uderzył celnie w miejsce, w któym się ono zginało. 

Devristus Morii:
Przyjmując,że robisz to toporem Rotish ma połamane odnóże. Drugi uciekł pod naporem konia.

Lucjan Vilfild:
Ha! Lucjan w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że jego koń może okazać się aż tak pomocny w walce. Postanowił sobie, że gdy przyjdzie czas posiłku odda mu swoje jabłka. Kończyna Rotisha którą trafił toporem złamała się. Potwór zapiszczał głośno, ale nie był to już ten sam pisk, którym próbował go obezwładnić na początku walki. Krzyk rannego Rotisha w niczym nie przypoimnał tego drażniącego w uszy, wibrującego dźwięku. On krzyczał z bólu. To wszystko przeciągało się już za długo. Vilfild schylił się nurkując pod jednym z górnych odnóży, którymi potwór próbował go teraz trafić i uderzył go w drugą tylną kończynę. Po ciosie topora złamała się jak ta poprzednia. Mając już tylko dwie nogi, Rotish musiał wspomagać się przednimi kończynami by ustać w miejscu. To poważnie ograniczało jego możliwości obrony, o ataku nie było już mowy. Lucjanowi wreszcie udało się przejąć inicjatywę. Odskoczył do tyłu odsuwając się od przeciwnika i zaczął obchodzić go bokiem. Owad próbował obracać się za nim, ale utrata dwóch odnóży i wyczerpanie walką pozbawiło go dawnej szybkości i nie mógł już nadążyć za człowiekiem. Lucjan zaatakowął ponownie spadając na przeciwnika z flanki i zadając kolejny cios w jedną z czterech pozostałych nóg bestii. Ustąpiła po dwóch ciosach. Rotish stracił równowagę i runął na bok. Nadeszła pora by to zakończyć. Lucjan zbliżył się ostrożnie i zadał kilka ciosów w nieosłonięte pancerzem podbrzusze. Tylko dwa owady, a pomyśleć jak niewiele dzisiaj brakowało. Czasami o wyniku walki decyduje przypadek, albo coś zupełnie niespodziewanego. Jak nagły przypływ męstwa jego wierzchowca. Otarł broń, wskoczył na siodło i wznowił podróż kierując się niezmiennie w stronę głównego traktu.

//
1 Rotsih martwy, 1 uciekł.

Malavon:
W stronę Lucjana wyruszył również bliżej mu nieznany mag. Banita, którym się stał musiał również od czasu do czasu wyjść z Paktu i przyjrzeć się innym sprawom. Widział młodego adepta wychodzącego z siedziby, to też postanowił się udać za nim.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej