Tereny Valfden > Dział Wypraw
Południowo-zachodnie ruiny Gildii II
Lucjan Vilfild:
Nazwa wyprawy: Południowo-wschodnie ruiny Gildii II
Prowadzący wyprawę: Devristus
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: 50% walk dowolną bronią, logiczne myślenie
Uczestnicy wyprawy: Lucjan Vilfild, Malavon
Choroba o której Lucjan dowiedział się od Devristusa wyglądała na, delikatnie mówiąc, niebezpieczną. Pchanie się w miejsce przez które niedawno przeszła zaraza może i nie było najrozsądniejsze, ale od kiedy Vilfild podjął decyzję o zostaniu bestią, jego stopień maksymalnego ryzyka podniósł się znacznie. Można by rzec, że był teraz człowiekiem gotowym na wszystko. Tak przynajmniej mu się wydawało. Korzystając z otrzymanych od nekromanty rad, Lucjan zwrócił konia w stronę głównego traktu zaraz po opuszczeniu czarnej wieży. Zanim trafi na trakt musi jeszcze wyjechać z dżungli. Zajmie mu to trochę czasu, ale przynajmniej droga nie jest dla niego całkiem obca. Już raz tędy jechał, gdy nie tak dawno pierwszy raz podróżował do Paktu.
Devristus Morii:
Dżungla była okropnym miejscem, co spowodowane było straszną wilgocią i jej mieszkańcami. Jednakże dla członków Paktu miejscem idealnym, bo kto przy zdrowych zmysłach zapuszczałby się do dżungli. Podróż przez dżunglę jak na razie przebiegała bez przeszkód.
Lucjan Vilfild:
Wszystko miało swoje plusy i minusy. Chociaż całe to miejsce sprawiało nieprzyjemne wrażenie, chłód Hemis nie był tutaj odczuwalny tak jak w innych częściach wyspy. Lucjan dalej posuwał się do przodu, w kierunku głownego szlaku. Nie jechał jednak z pełną prędkością, musiał cały czas mieć baczenie na okolicę. Nie wiadomo co może czaić się przydrożnych zaroślach.
Devristus Morii:
I czaiło się wiele, ale na Twojej drodze ukazały się dwa Rotishe, które widząc takie soczyste mięsko postanowiły Cię zaatakować. Jeden z prawej, a drugi z lewej zbliżały się szybko próbując wgryźc się w Twoje ciało.
Przejdź do statystyk rotisha
2x Rotishe
Lucjan Vilfild:
Całe szczęście, że nie jachał szybciej. Wówczas dwa przerośnięte owady mogły by zaskoczyć go gdy byłby już przy nich. Teraz natomiast Lucjana od jego przeciwników dzieliło dobre kilka metrów. Nie namyślając się długo, Vilfild zawróćił konia i pognał w stronę Paktu. Nie chciał uciekać, chciał zyskać trochę więcej czasu. Jego koń okazał się szybszy od Rostishy, więc bez większych problemów oddalił się od nich na jakieś kilkanaście metrów. Zwierzakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, by uciekał od wielkich insektów. Teraz Vilfild zeskoczył na ziemię i wyciągnął obie bronie. Trzymając miecz w lewej ręce uderzył konia płazem po zadzie, by ten uciekł jeszcze kawałek dalej. Znajdował się teraz poza zasięgiem potworów pędzących na Lucjana, ale jednocześnie ani myślał by oddalać się poza zasięg wzroku swojego właściciela. Obie bestie zaczęły wydawać takie piski, że aż włosy stawały dęba. Na szczęscie nie dobiegły jeszcze wystarczająco blisko by ich krzyki mogły zaszkodzić jakoś słuchowi człowieka. Był poza ich zasięgiem. Nie potrwa to jednak długo. Czekał ze spokojem, aż do niego dobiegną. Nagle jeden Rotish złożył głowę do ataku i przyspieszył znacznie, jakby chciał staranować stojącego przed nim człowieka. Lucjan nadal pozostawał opanowany, chociaż przychodziło mu to z niemałym trudem. Wyczuł odpowiedni moment i uskoczył z drogi pędzącego potwora, który przebiegł tuż obok niego i popędził jeszcze kilka metrów dalej. Niemal w tej samej chwili druga bestia zamachnęła się na człowieka swoim odnóżem, przypominającym bardziej wielki kolec. Vilfild uchylił się i wyprowadził własny cios mierząc toporem w łeb potwora. Ten cofnął się gwałtownie stając na tylnych odnóżach i unikając śmiercionośnego uderzenia. Odsłonił jednak brzuch. Wtedy Lucjan zacisnął zęby i z całą siłą jaką dysponował pchnał go czubkiem miecza w odsłonięte podbrzusze. Liczył na to, że zdoła przebić pancerz, który w tym miejscu zdawał się widocznie słabszy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej