Tereny Valfden > Dział Wypraw
Początki Bywają Różne
Lucjan Vilfild:
Vilfild uniósł sennie głowę i przetarł oczy pięściami. Zastanawiał się przez chwilę, co go obudziło i szybko doszedł do wniosku, że to na pewno ci ludzie kłócący się na zewnątrz. Usiadł na sianie i zaczął nasłuchiwać, ale ciężko było z tego miejsca wychwycić coś więcej, niż tylko pojedyncze słowa. Stanął na nogach, podszedł do drzwi i wyszedł na zewnątrz, przed karczmę. Kto mógł kłócić się tak wcześnie rano? Lucjan zrobił krok w stronę beczki z deszczówką, chlapnął sobie wodą w twarz i przyjrzał się awanturnikom.
Hagmar:
Byli to kupcy i ich ochroniarze oraz jacyś zbrojni z znakiem bobra. Jedni grozili drugim i zapowiadało się że zaraz pójdą w ruch noże i inne ostre narzędzia. Bobry bowiem chciały pobrać opłatę za przejazd przez Revar i za przewóz towarów. Machali jakimiś papierami rzekomo z pieczęcią i podpisem samego Hrabiego Cadacusa.
Lucjan Vilfild:
To ci dopiero gratka. Mieszać się, czy się nie mieszać? Coś podpowiadało Lucjanowi, by zwyczajnie olał sprawę, wyprowadzil konia ze stajni i jechał dalej. Z drugiej strony, jakaś część jego osobowości nakazywała zostać i sprawdzić o co chodzi. Vilfild, jako najemnik z całkiem niezłym doświadczeniem w tej pracy, węszył tutaj jakiś grubszy interes. Kto wie? Może i mu trafi się tutaj jakaś okazja do zarobku. Poprawił na sobie pas z mieczem i dyskrytnie poklepał się po piersi, by upewnić się, że dalej ma tam swoje listy. Wtedy dopiero podszedł do grupy stając za kupcami. Wydawało mu się, że będą bardziej skłonni do zapłaty za pomoc, niż te podejrzan Bobry, bo tak zaczął ich w myślach nazywać Lucjan.-Widzę, że panowie mają jakąś sprzeczkę. Co to znowu? Kolejni rabusie chcą zbierać haracz z porządnych kupców?-Zapytał uśmiechając się lekko.
Hagmar:
- A no, te kurwie syny myślą że my tacy głupi i uwierzymy że pan Cadacus czy ktokolwiek inny nająłby Bobry do ściągania ceł i opłat przewozowych. Tłumaczył ci jeden z kupców. - I to jeszcze na jesień gdy w Metr targ jest...
- Mamy dokumenty, z pieczęcią i podpisem Hrabiego. Albo zapłacicie albo sami sobie weźmiemy!
Obie strony znowu zaczęły na siebie wrzeszczeć, ktoś dobył miecza, kto inny wypalił z pistoletu a gdzieś obok świsnął bełt. Tłum wziął się na miecze.
2x http://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Bandyta
Lucjan Vilfild:
I zaczęła się burda. Lucjan wyciągnął miecz i przepychając się przez kupców stojących przed nim, natarł na jednego z bandytów wiążąc z nim ostrza. Uderzając go barkiem, wypchnął Bobra z tłumu walczących i z miejsca zaatakował ponownie tnąc mieczem od góry, by nie dać przeciwnikowi ani chwili wytchnienia. Wróg sparował to uderzenie z łatwością, bo atak był jedynie pozorowany. Gdy tylko jego broń dotknęła ostrza wroga, Vilfild odskoczył od niego, by niemal natychmiast wykonać pchnięcie mające trafić w brzuch bandyty. Oprych próbował odbić ten cios, ale zrobił to z lekkim opóźnieniem i sztych kuriera trafił go w słabo opancerzony korpus, przebijając się przez skorzaną zbroję. Jak się okazało, mosiężne ostrze uderzyło wystarczająco głęboko. Bóbr wypuścił miecz na rozmiękłą po nocnych deszczach glebe i oburącz chwytając się za raniony brzuch zachwiał się widocznie, a po krótkiej chwili runął na plecy w błoto. Ledwo co Lucjan zdązył się obrócić, a już był atakowany przez nastęngo oszusta.
//Rozumiem, że tu jest dookoła więcej ludzi, tylko że ja walczę z dwoma?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej