Hagnar od kilku chwil spoglądał z zaciekawieniem w kierunku dwóch typów. Była księżycowa noc, a mimo to ich twarze wtapiały się w otoczenie. I to ich właśnie zdradziło, ta aura, ten splugawiony, spaczony obraz człowieka poza prawem, który chce się ukryć, a tylko lśni jak ten diament w gównie. Lśni tak, że nie można się pomylić. Krasnolud, nie żeby specjalnie czysty, ale na pewno nie upaskudzony, powoli podjął muszkiet i oparł go o balustradę. Ot, jakby komuś przyszło na myśl szturmować ich sadybę.