Tereny Valfden > Dział Wypraw
Za ciosem [polowanie]
Dragosani:
- Nie wiem, ale podejrzewam, że ten młody chciał się odlać, więc ten drugi musiał mu potrzymać, czy coś tam - odpowiedział wampir, który chyba nie był zbyt zadowolony z tego, iż ich towarzysze gdzieś umknęli. Albo po prostu miał ochotę rzucić żenującym żartem. Spojrzał za siebie, na płonące namioty, z których buchał gęsty dym.
- No to co, chyba będziemy wracać? Coś tam upolowaliśmy, spaliliśmy obóz wroga, więc wypad całkiem udany. - Zaśmiał się.
Gordian Morii:
- Tak wrócimy do Gunsesa i zapytamy go, co to mogło być.- odparłem wampirowi śmiejąc się jednak z tego co powiedział wcześniej.
- Intryguje mnie jednak cały czas co to właściwie było, ale może lepiej nie pchać się w nieznane. - dodałem i ziewnąłem zakrywając ręką usta. Trzeba będzie odespać ten nocny wypad w najbliższym czasie.- Postanowiłem w duchu i już milcząc kontynuowałem wędrówkę w kierunku poręby, gdzie zatrzymaliśmy nasze konie.
Idąc tak brzegiem rzeki zostawialiśmy w tyle tak kilometry jak i godziny. Ciemność zaczęła przeistaczać się w szarówkę, aż wreszcie niebo zaczynało nabierać lekko rózowego koloru.
- Chyba nie wrócimy przed świtem. - zauważyłem jakże inteligentnie, a nagły "bzyk" nie pozwolił moim słowom wybrzmieć.
Wybudzone z nocnego letargu stado krwiopijców zaczęło krążyć wokół jakiegoś truchła padłego kilka dni wcześniej ścierwojada.
- Ubijamy insekty czy Ci się nie chce? - zapytałem.
6x Krwiopijca
Dragosani:
Wampir rozważał obie opcję krótko. Zdjął łuk z pleców.
- Tak się paskudnie składa, że każda grzywna może się teraz przydać - powiedział. - Poza tym szybko powinno pójść - dodał i zaczął powoli i ostrożnie zbliżać się do owadów, aby objąć je zasięgiem swojego pewnego strzału. Zatrzymał się w jakiś krzakach i zerknął na Gordiana. Jak zawsze, wolał dać czas kompanowi na zajęcie pozycji, nim przystąpi do ataku. Nawet w obliczu tak mizernego przeciwnika jakim były przerośnięte owady, pewne instynkty wojownika twardo tkwiły w wampirze.
Gordian Morii:
- No to dajemy. - powiedziałem i ściągając łuk z pleców załadowałem na niego strzałę. Wysoka trzcina porastająca brzegi rzeki w tym momencie nam nie pomagała, ale padlina na której żerowały owady już tak. Wyjątkowo tłusty (jak na owada) robal odcinał żuwaczkami kolejne płaty gnijącego mięsa gdy nagły strzał zakończył jego żywot. Zielonkawa maź i słabnące z każdą sekundą bzyczenie skrzydełek idealnie ukazywało upływające siły witalne krwiopijcy. Stado zerwało się w powietrze i rozpierzchając się starało się zlokalizować tego, który zadał cios.
//: Mamy świt, lecz słońca jeszcze nie widać.
//: Do najdalszego owada mamy 50 metrów. Najbliższy to około 15. Przeciwinicy nas nie widzą, ale szukają.
Dragosani:
Dragosani nałożył strzałę na cięciwę i naciągnął łuk. Za cel obrał najbliższego owada. Małę paskudy latały szybko i chaotycznie, dlatego ciężko było w nie trafić. Wampir wycelował spokojnie. W międzyczasie Gordian wypuścił swoją strzałę, zabijając jednego z krwiopijców. Inne na to poderwały się i zaczęły szukać sprawcy. Draga zawsze dziwiło to w ich zachowaniu. Skąd takie małe, prymitywne stworzonka wiedziały, że ktoś zabił ich towarzysza z oddalenia, a nie, że on po prostu padł, bo tak? Jednak wampir nie rozważał długo tej kwestii i wypuścił strzałę. Pomknęła ona ku upatrzonemu owadowi i przebiła jego chitynowe ciałko. Latający szkodnik spadł martwy na ziemie, pobzykując w śmiertelnych drgawkach.
2 martwe
4 żywe
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej