Tereny Valfden > Dział Wypraw
Sierotka ma muszkiet
Hagmar:
I jebło, wpierw jeden wóz. A sekunde później drugi. Amunicja, odłamki drewna, szkła i metalu oraz to co zostało z koni i tych 7 nieprzytomnych ludzi latało wszędzie. Nessa o mało nie oberwała czyjąś ręką, Adamusa fala uderzeniowa rzuciła do koryta dla świń. Przeciwnicy uciekli. Ci co przeżyli. Milten gasił powstały pożar, Yarpen i krasnale płakali.
Nessa:
Jebło. Idealne słowo. Nessa na moment przez tym 'jebnięciem' rzuciła się na ziemię, zasłaniając rękoma głowę. Nie była za blisko wozów, ale ryzyko wciąż było. Przez kilka sekund leżała w ten pozycji i przełykała nerwowo ślinę, jakby licząc, że to coś pomoże, jak w przypadku pobytu w górach. Nie pomogło, ale elfka nadal słyszała. Słyszała wrzaski, płacz, roztrzaskujące się o ziemię szkło. I bicie swojego serca słyszała. Ono było najpewniej najważniejsze, więc poderwała się dość szybko. Wtedy zauważyła leżącą bardzo blisko niej rękę i z trudem powstrzymała odruch wymiotny. Na klęczkach odsunęła się od ognia i zrobiła szybki przegląd swojego ciała, garderoby i ekwipunku. Na pierwszy rzut oka nic nie ucierpiało, a i włosy były wszystkie. Zatem Tinuviel mogła rozpocząć trudny proces podnoszenia się. Zakręciło jej się w głowie, ale mogła stanąć o własnych siłach. Od razu zaczęła poszukiwać swoich towarzyszy. Adamusa i Zelerisa nie widziała, ale płaczących krasnoludów ciężko było przeoczyć. Choć powodu ich łkania nie znała, więc ruszyła w ich kierunku.
- Niech to, na poparzenia nic nie mam - syknęła, wciąż sądząc, że mężczyźni mogą wylewać łzy z powodu odniesionych ran. Gdy upewniła się ze skwaszoną miną, że tak nie jest, ruszyła na poszukiwanie towarzyszy lub chociaż studni, by pomóc w gaszeniu pożaru choć w najmniejszym stopniu. Rzecz jasna rozumiała załamanie krasnoludów, ale nie nadawała się teraz do pocieszania kogokolwiek. Czuła się źle, a była przez to rozdrażniona, więc mogłaby nieumyślnie powiedzieć coś o większej wadze ludzkiego czy tam innego życia nad majątkiem. Poza tym coś Nessie się wydawało, że krasnoludy znajdą szybko sposób, by się odkuć, bo i po takim załamaniu zawsze przychodzi złość, a i ona potrafi przynieść dobre pomysły.
Zeleris Flamel:
Ano określenie było idealne. Zeleris teleportował się z dala od miejsca wybuchu i gdy jebło stał, a właściwie kucał, tyłem do kuli ognia. W sumie wyglądało to dość epicko. Z tym, że ów epizm pokrzyżował raczej plany zarobku. Co nie było fajne. Mag odwrócił się i ujrzał zgliszcza zamiast wozów. Coś się paliło, coś dymiło, a wszędzie były kawałki ciał. Cóż, przynajmniej sprawcy tej tragedii dostali za swoje. Mag zaczął iść w stronę płonących resztek wozów. Dostrzegł elfkę, która jakoś tak dziwnie patrzyła na kawałek ręki leżący obok niej. Była dość blada. Chyba nie lubiła widoku kawałków ciał oddzielonych od reszty ich właścicieli.
- W porządku? - zapytał prawie, że troskliwie. Ogarniając nieco szatę, coby nie wyglądać jak żul poszedł pomagać Miltenowi w ugaszeniu ognia. Cóż więcej mógł zrobić?Dodatkowa para rąk zawsze się przyda, choćby do noszenia wiader z wodą.
Hagmar:
- Kurwa mać! Zajebie Cie Kher! ZA JE BIE! Wrzeszczał Yarpen. - Caluśki nasz transport... i cały misterny plan w pizdu.
- Mówiłem? Weź Hufiec. "Nie po co nam Hufiec? Uwage zwracać na siebie"... Handlowiec zasrany.
- A w morde Milten chcesz?!
- Chodź i spróbuj! Cóż, widok walczących na pięści elfa i krasnoluda był dość... pocieszny.
Adaś:
Kiedy tylko nastąpił wybuch, byłem w połowie drogi do nowych przeciwników. Którzy definitywnie, mieli zamiar wysadzić transport. Choć kto inteligentny, oraz logicznie myślący zostawia wozy z takim wyposażeniem, na widoku? Pomyślałem sobie, choć dużo czasu na myślenie nie miałem. Nagle jedna z pochodni wpadło do wozu. No to jest już po ptokach. Znowu sobie pomyślałem, ale tym razem widząc to zacząłem uciekać. Oczywiście jak najdalej od wozów. W końcu nie od dziś wiadomo, że kije od szczotek, alkohol oraz ogień nie współgrają ze sobą.
Zbyt daleko nie zdołałem uciec. Bo jak nie jebło, jak nie świsło, jak nie buchło. Tak wszystko poszło w pizdu, i również jak to powiedział pewien poeta, wszystko poszło w pizdu. Niestety ja daleko nie uciekłem, fala uderzeniowa była tak silna, że w skrócie rzecz biorąc wylądowałem w gównie. I to dosłownie.
Moją aktualną sytuacje można było porównać, do wypoczynku na plaży. Wraz z skąpo odzianymi kobietami, oraz dobrymi alkoholami. Lecz wyglądało to trochę inaczej. Otóż trafiłem do świńskiego chlewu. Ale jak się ma pecha, to i palec w dupie grzebiąc się złamie.
Tak więc spokojnie wypoczywałem, w produktach przemiany materii świnek. Które w tym przypadku były odpowiednikami, oczywiście nieudolnymi, skąpo odzianych kobiet. A nie opodal znajdujący się zbiornik z wodą, był jeszcze bardziej nieudolnym odpowiednikiem wykwintnych alkoholi.
Powoli zebrałem się w sobie i wstałem Stojąc spojrzałem na siebie, wyglądałem okropnie. lekko otrzepawszy się, oraz umywszy brudną rękę w zbiorniku świnek. Udałem się do towarzyszy. Kiedy tam zbliżyłem się rzuciłem krótkie pytanie do Zelerisa:
-Nie dasz rady zrobić nade mną jakiejś ulewy? Pranie by mi się zdało, o prysznicu nie wpsominając
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej