Tereny Valfden > Dział Wypraw
Powrót Kruka
Invoker:
Wszystko co się zdarzyło, było nie do opisania, nie do opowiedzenia. Jego myśli były wyzerowane i puste. Ktoś go na prawdę bardzo długo topić musiał i dopiero teraz puścił, pozwolił złapać oddech. Tak się czuł. Ale nie zamierzał się tłumaczyć nie wiadomo jak żałosnej istocie. Skoro go przyzwała, był ponad nią, górował, bo dzięki niemu chce spełnić jakieś swoje cele. Dobre. Zaśmiał się, śmiech, który wchodził w każdą szczelinę ciała i obejmował wszystkie członki tak, że chciało się umrzeć. Poruszył palcami, każdym po kolei, potem całą ręką. Był niepewny swych ruchów, ale nie mogliście tego dostrzec. Zaśmiał się ponownie, jeszcze bardziej przerażająco.
- Zaaaajeeeeeeeeebiście, tylko coś rzygami to ciało jebie. Lepszego kurwa nie mieliście? Spiął mięśnie, czuł, że było silne, ale o coś musiał się doczepić. Myśli kłębiły się, ale powolutku układały się w chroniczną całość. Wcześniejsze wydarzenia, byt w kotle. Zastanawiał się jak silny teraz jest. Ile mocy stracił, a ile zachował.
- Czego?
Gunses:
- Spokojnie Kruku - powiedziała Lidia zamykając księgę i zakładając na bose stopy pantofle przyniesione przez jednego z wilkołaków - Długo Cię nie było z nami. Nie masz ani Szponu, ani swojej mocy. ÂŻycia nawet nie miałeś, bo jakiś niezrównoważony śmiertelnik, którego imię nie przetrwało do naszych czasów Ciebie jego pozbawił. I trochę ogłady. Nie znasz mnie, moje panowanie przypadało na tysiące lat przed Tobą. Powinieneś się cieszyć, Beliar nie żyje, sądząc po datach, sam uczestniczyłeś w jego unicestwieniu...
Mohamed Khaled:
Stał i przyglądał się całej sytuacji. Przynajmniej tyle z niego użytku stwierdził fakt, pacząc się na Invokera, a raczej na jego ciało w którym jest ten Kruk. Czekał, aż nastąpi dalszy ciąg fabuły...
Elrond Ñoldor:
Elrond patrzał na wszystko prawie że obojętnie. Wskrzeszeń i tym podobnych rzeczy już się życiu naoglądał.
Gunses:
- Ciało dostałeś zdrowe. Fizycznie. Dlatego wstawaj. Ruszamy do naszego pana, z woli którego zostałeś wezwany do życia.
I tak to właśnie wyglądało. Nie było w tym mnóstwa spektakularnych rzeczy. Nie była to wielka podróż pełna emocji. Było to zwyczajne zadanie. Tak jak i zwyczajne było życie na bagnach, pośród moczarów valfdeńskiej dżungli. ÂŻycie w bractwie na bagnie. Wracaliście
- Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to niedługo zrobimy przyjemny dla nas a nieprzyjemny dla trytonów najazd na miasto Ys - zachichotała Lidia
- Nie odważycie się - skomentował Jerga szukając czegoś w torbie
- Czemu tak uważasz? - zapytała kąśliwie Lidia
- Pisarz nigdy na to się nie zgodzi. A przynajmniej póki nie pozna mocy pierwiastka natury. Nie zapomnij że tylko Straż...
- Nie strasz mnie! Raz mnie zabili i uwięzili. Byłam wtedy młoda. Przeleżałam w sarkofagu ponad trzydzieści tysięcy lat! Niech dorwę są wodą sukę! Albo Alzura czy Yena! Zapłacą mi za to! Będą błagać o śmierć! - zawołała a w jej oczach pojawiły się wściekłe ogniki
- Nie chcę Cię pouczać Pani... - rzekł Jerga. Zbliżał się wieczór. Przed wami zamigotały ognie pochodni i palenisk Bractwa na bagnie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej