Tereny Valfden > Dział Wypraw
Przyczajony browar, ukryty miód
Gunses:
Nie zorientowaliście się, że ktoś wszedł między was... Bo i ich nie widać, chyba że w ich świątynia. Tam wyobrażeni są jako posągi i malowidła...
Było lato. Ciężkie, upalne. Słońce w pełni swego blasku oświetlało kwitnące łąki. ÂŁąki i pola ciągnęły się jak okiem sięgnąć. Po lewej był las. W dole doliny błyszczało jezioro. Staliście pośród tętniącej od życia łąki, pośród oszałamiającego zapachu kwiatów i traw, pośród burzy dźwięków owadów. Poszliście dalej. Pod waszymi stopami słyszycie chrzęst kości. Całe łąki porośnięte na łanach ciał. Całe zielone równiany wielkim grobowcem.
Pośród drzew widzicie czmychającą sylwetkę Zeyfara...
Pośród słońca Gunses. Pośród promieni które go nie palą. Bo on nie żyje. Jego odbicie w tafli jeziora kołysze się podnoszonymi falami....
Eric:
Cała sytuacja przerosła karczmarza. Był mocno niezdecydowany - kompletnie nie wiedział, co począć z grupką facetów, orkiem i resztą zagadek rasowych, którzy odurzeni jakąś podejrzaną, sproszkowaną substancją leżącą na drewnianym stoliku w dziwnie pachnącym zawiniątku, leżeli nieprzytomni z otwartymi oczami wpatrzonymi w przestrzeń poza granicami wymiarów. Póki co postanowił ich tolerować, jako że wyglądali groźnie. Przez chwilę rozważał możliwość rabunku, ale zbyt długo robił w tym fachu, żeby nie wiedzieć, jakby się to dla niego skończyło. Dlatego spasował i przystąpił do tego, w czym był najlepszy. Mianowicie polerowania kufli i oceniania przybyłych pod kątem majętności.
Natomiast omawiane wcześniej zagadki rasowe błąkały się w rozłące w jakichś dziwnych, rozmazanych tunelach. Płynęli w przestrzeni wśród jasnych rozbłysków najróżniejszych, intensywnych barw. Każdy podążał do tego samego celu. Natomiast nie każdy był przytomny. W końcu ocknęli się na podłodze w kajucie na jakimś statku, co można było poznać po mdlącym kołysaniu sugerującym pobyt na roztańczonych falach morza. Dlatego też oprócz dziwacznego poczucia bycia wyplutym, niektórym z mężczyzn doskwierać zaczął ból głowy i nudności. Pomieszczenie było niewielkie, niektórzy zaczęli się zastanawiać, jakim cudem się w nim mieszczą. Wnętrze jednak, nieważne jak małe, wykonane było z przepychem godnym gniazda chciwej sroki zbierającej każdą błyskotkę, jaką wypatrzyło jej bystre oko. ÂŚciany i podłoga wykonane były z drewna o niebywałym połysku, niestety żaden z obecnych w kajucie nie był w stanie stwierdzić, jakiego było rodzaju. Powieszone obrazy zaskakiwały przywiązaniem do najmniejszych detali, wykorzystaniem barw i wyobraźni twórców. ÂŚciany na dodatek wyrzeźbione były w sposób, który podziw wzbudzał nawet w największych sceptykach i malkontentach, którzy prawdziwej sztuki nie poznaliby nawet wtedy, gdyby postawiła przed nimi na ladzie drinka z palemką. ÂŁóżko stojące w centralnej części pomieszczenia wręcz prosiło o to, by wyłożyć się na jego mięciutkim materacu i okryć aksamitną pościelą barwy szkarłatu. Na suficie spoczywał zaś ozdobny żyrandol, który prawdopodobnie wart był więcej niż obie nerki Severusa razem wzięte. Przepych i bogactwo wnętrza było oszołamiające. Dekorator odwalił kawał dobrej roboty, bo żadnemu z przypadkowych gości nie spieszyło się, by opuszczać kajutę. Niektórzy nawet odkryli, że myślą o zawieszeniu miecza na kołek i końcowym ustatkowaniu się z żoną i dziećmi w przytulnym domku, w którym choć jedno pomieszczenie będzie przypominać to, w którym się znaleźli. Początkowo ciężko było im się ogarnąć, aż w końcu jeden z nich dostrzegł kawałek papieru na komodzie koło łóżka. Był to Diomedes. Natychmiast podszedł do ciemnego arcydzieła stolarstwa i chwycił w palce coś, co na pierwszy rzut oka przypominało krótki liścik. Pierwsze dwa słowa były zamazane, niemal nie do odczytania.
– Zobowiązany jest stawić się w ładowni numer osiemdziesiąt sześć okrętu Titanic w dniu wypłynięcia. Niestawienie się pociąga za sobą konsekwencje w postaci wykluczenia z cechu – wyczytał z doskonałą dykcją i uważnością w miejscach, w których stały przecinki. Nie było żadnych przecinków. – Stawiam dziesięć do jednego, że te dwa zamazane słowa to imię i nazwisko. Ewentualnie malowniczy zwrot w stylu „ty chuju!”
// Aruś, dopisz mnie też do MG, żeby nie było czepiania się. :P
Gunses:
Zrywa się wiatr, a z nim nadchodzi śnieg. Wielka nawałnica. Lecicie... Lecicie z góry w dół. Pikujecie nad osadami. Tam krew. Na białym śniegu krew. Wsiąkająca między bruk, szorująca w rynsztokach. Walka. Człowiek przeciw człowiekowi. Elf przeciw elfowi. Krasnoludcy bracia złączeni w śmiertelnym uścisku, każdy przeszywa drugiego mieczem.
Tafla jeziora wybucha karminem. Z krwi wypływają na powierzchnię ciała mężczyzna. Ciał kobiet. I ciała dzieci.
Nadchodzi mróz. ÂŚcina jezioro grubą warstwą lodu. Dookoła zawierucha i śnieg. Po tafli kroczy dwójka elfów. Jeden z wieńcem z zielonych gałązek. Drugi niczym posąg niszczenia. W swej ręce trzyma księgę. Co postąpi krok, otwiera księgę i zapisuje. Co zapisze, to lód pęknie. Nie to nie lód, to zamarznięte ciała, które łamią się w pół, a z kotłującej się pośród kry wody wychodzą cienie ludzi. Wysocy, szczupli, zarośnięci, chorzy. W ich rękach barbarzyńskie topory. Po ich twarzach, po zmierzwionych włosach i brodach spływa krew.
Kolejny krok. Oto drugi elf umoczywszy koniec swej włóczni w otchłani krwi maluje nią na śniegu. A każda kropla to bestia. Wybryki natury, eksperyment, mutant. Jest ich wiele. Swą zgrają przysłonili horyzont. Pędzą na jedną osobę. Trzyma ona miecz uniesiony wysoko, jej głowa niczym smoka, a skrzydła jak u nietoperza. A powstał on z martwych, a żyje. A jego miecz rozcina w pół ciała wrogów...
Hagmar:
Zielone Równiny... to co widzieli było tak nierealne a jednak... kości. Ludzkie w większości. Co to znaczy? Widzimy przeszłość? Ale wtedy nie było Zeyfara. A może przyszłość? Dracon wzbił się w powietrze by spróbować dogonić Zeyfara...
Druga wizja... wylądowali gdzieś na statku. Diomedes, dobry kurwa towar! Dracon podszedł do bulaja i zobaczył bezkres oceanu. Gdzie my kurwa jesteśmy? Na pewno na morzu. Ale co to za gówno Ten Titanic i czemu żyrandol świeci bez świec?
Trzecia wizja i znów krew, śmierć i zniszczenie ale i... nadzieja?
Gunses:
Oto Wampir. Przeklęty. Ocalały z rzezi wojny. Miał brata. A nie przyznawali się do siebie. A bratem był demon...
A wampir przeciwko demonowi. W walce. I obaj zmienili się już dawno temu. A ich moce upadły.
Kolejny krok. Kolejny zapis w księdze. Pisarz. Za nim zer mgły spowijającej kurhany wychodzą Ci, którzy żyć prawa nie mają. Przeklęci magowie i czarownice. Na ich szatach i sukniach krew.
Przed nimi grupa tych, którzy upadli. Których moc skryta pośród otchłani wody. Z ich rąk wypływa fala. Tęcza. Rozprasza pośmiertne widma.
W ciemności oko. Niespokojne. Rozedrgane. Oko patrzy z miecza. Przy nim kryształ. Własność władcy...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej