Tereny Valfden > Dział Wypraw
Ostateczne rozwiązanie
Dragosani:
Draguś również wyszczerzył zęby.
- A to wampirza forma uniemożliwia zostanie magiem? - zapytał. - Co prawda nie takim... magowym, ale "z nazwy" magiem. Hipnoza i takie tam. Ciekawie się to zapowiada - stwierdził. - No a tak serio... nad przemianą zastanawiałem się od powrotu na wyspę. Wampirem się urodziłem, jako wampir żyłem, więc i jako wampir powinienem żyć dalej. Poza tym... - Znów się wyszczerzył. - Dzięki temu jestem chyba jedyną istotą w historii, która jest również swoim "przodkiem".
Tkoron:
Frideric dalej szukał kogoś z kim mógłby porozmawiać, ale okazywało się to zadziwiająco trudne, praktycznie cała kompania pochowała się do swoich namiotów. W zasadzie jedyne osoby które rozmawiały to dwóch mężczyzn, chłopak jednak wahał się z dołączeniem do nich. Odkąd przybył na wyspę zobaczył wiele rzeczy dziwnych, ale słuchanie ludzi którzy mimo że nie wyglądali na starszych od zwykłych śmiertelników chwalili się jednak wiekiem kilkadziesiąt razy dłuższym, było niepokojące. Z resztą o czym miałby rozmawiać z kimś dla kogo jego życie było tylko chwilką?
Zawiedziony brakiem towarzystwa chłopak postanowił obejść obóz, posprawdzać warty, jakoś zająć ten irytujący czas przed starciem.
Hagmar:
Zapadł wieczór, słonko zaszło za linią drzew. Wszechobecną ciszę przerwał dźwięk rogu wzywający do bitwy... Garir czekał na ludzi przed jedną z katapult.
Tkoron:
No nareszcie, akurat Frideric skończył obchodzić okolicę, kiedy zaczęło się ściemniać. Chcąc pokazać się od jak najlepszej strony szybko podszedł na umówione miejsce zbiórki. Idąc Frideric rozglądał się, chyba będzie pierwszy na zbiórce, nie dziwiło go to, wyczuwał atmosferę rozleniwienia która opanowała drużynę. To było niepokojące, ale wiedział, że przy samej konfrontacji ludzie nabiorą werwy. Póki co podszedł do Garira przy katapulcie, bez słowa stanął w zasięgu jego wzroku, ale nie zbyt blisko, skinął głową krasnoludowi. Teraz pozostaje tylko czekać na resztę.
Adaś:
Sleeth kiedy tylko usłyszał wszystkie plany, wyszedł z namiotu i znikł na dobre. Nie było go ani widać w nocy ani za dnia. Nie lubił on zbytnio towarzystwa, a raczej zbyt dużego towarzystwa. Tak więc postanowił że uda się na spacer, dłuższy spacer. Nie istotne co gdzie i kiedy robił. Jego towarzyszą musiało wystarczyć że następnego dnia wieczorem, wrócił do obozu na karym rumaku, nie do końca jego. Jednym skokiem zszedł on, a raczej zeskoczył z siodła, odpiął on swój puklerz, do tej pory wiszący na łęku siodła. Po czym ruszył w kierunku katapulty gdzie widział zbierająca się gromadę. Kiedy tam dotarł oparł się o jedno z ogromnych kół katapulty i czekał.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej