Tereny Valfden > Dział Wypraw
Ostateczne rozwiązanie
Hagmar:
Heshar! Garir zamienił tymi słowami kolejnego człowieka w żywą pochodnię... Oczywiście ryzykował to że oberwie ale jak dotąd robienie uników szło mu dobrze. Czuł też że magia to jego powołanie, drugie po bimbrownictwie. Czuł też co inne, swąd palonego ludzkiego mięsa. Heshar! Gest, słowo, moment koncentracji na mocy i znikąd pojawiał się morderczy ogień. Magia to potężna suka. Pomyślał patrząc na kolejnego trupa.
1 Elfi łucznik
7 wojownik zgromadzenia
Tkoron:
Biegnąc w stronę zamku Frideric zdał sobie sprawę z przykrego faktu - ci na murach to nie byli byle żołdacy, te sukinsyny wyglądały na prawdziwych wojowników. Jasne, zabijał już takich, ale dawno już nie walczył a i jego miecz wyglądał raczej śmiesznie w porównaniu do ostrzy elfich wojowników.
Ale jednak szczęście się do niego uśmiechnęło, kątem oka zauważył przeciwnika z którym sobie poradzi. Ostatni z elfich łuczników wyglądał jakby zaraz miał zacząć uciekać, został sam, obok niego leżały ciała jego przyjaciół, a niebezpiecznie blisko atakowali wrogowie.
Frideric niepostrzeżenie podszedł do elfa. We wrzawie bitwy nie tak łatwo jest dosłyszeć kroki, zwłaszcza jeżeli osoba która je stawia umie to robić. Jednak kiedy był już prawie gotów wbić elfowi miecz w plecy ten odwrócił się. Krzyknął z zaskoczenia, ale nie poddał się. Wyciągnął jakiś dziwny nożyk, chciał walki. Frideric z politowaniem spojrzał na idiotę który wyciąga sztylet przeciwko mieczowi. Spokojnie przyjął postawę do walki. Jedna noga z przodu, kolana ugięte, balansowanie środkiem ciężkości. Chwilę później chłopak wykonał gwałtowny krok w przód i wykonał poziome cięcie, czegoś takiego nie da się zablokować sztyletem, elf chyba o tym wiedział, w każdym razie odskoczył. Frideric spodziewał się tego zrobił kolejny krok do przodu, wykonał kolejny raz płaskie cięcie, ale tym razem elf chwiał się, nie odzyskał jeszcze równowagi, to wystarczyło żeby jego unik był o moment spóźniony, miecz zadał głęboką ranę na boku elfa. Ten już nawet nie myślał o walce, po takiej ranie jedyne o czym się myśli to ból. W tym momencie Frideric mógł już zostawić elfa, ale pro forma wolał jeszcze wbić miecz w lewą pierś. Elf szarpnął się w konwulsji i znieruchomiał.
Chłopak pochylił się nad ciałem, zabrał ten zabawny sztylet którym elf próbował się bronić.
0 Elfi łucznik
7 wojownik zgromadzenia
//Jest szansa na znalezienie gdzieś w okolicy miecza któregoś z Wojowników zgromadzenia? Upadł gdzieś niedaleko któryś? jeżeli tak to Frideric podnosi ichniejszy miecz a wyrzuca swój kawał złomu :)
Elrond Ñoldor:
Walka trwała w najlepsze, a szala zwycięstwa przechylała się na stronę wojowników oblegających zrujnowany zamek. Przynajmniej takie wrażenie odniósł Elrond, który po pierwszym celnie rzuconym zaklęciu, wolał trzymać się lekko na uboczu. Nie miał wszakże żadnej zbroi w metalu, a z doświadczenia wiedział, że w miejscach podobnych do takiego wyłomu, śmierć można ponieść nie tylko od miecza, a także od ścisku. Miał jednak parę asów w rękawie, które pozwalały mu włączyć się do walki.
Mury były już czyste. Przynajmniej tak mu się wydawało. Skoncentrował się, zaczerpnął odrobinę many i użył jej by przeteleportować swoje ciało dokładnie na mury, z których jeszcze kilka minut temu kompania była ostrzeliwana przez elfich łuczników. Trzasło, błysło, pojawił się lekki dymek. Elrond kucał na murach. Nie wychylał się. Oceniał swoją nową sytuację. Swoje położenie.
// co widzę będąc na murze?
Isentor:
Przyglądałem się z tyłu potyczce analizując poczynania uczniów. Gdyby zrobiło się gorąco wkroczę - pomyślał Isentor.
Dragosani:
A tymczasem Draguś radośnie hasał pośród walki i pokrwawionych zwłok. Po tym jak zabił jednego ze Zgromadzeniowców, pożywiając się jego krwią nabrał niejako "nowych sił", nazywanych w niektórych kręgach "wampirzym kopem". ÂŚwieżo wypita krew wyciągnęła go na wyżyny zdolności dziecka nocy. Czuł własną siłę, ruchy niemalże wszystkich wokół wydawały się śmiesznie wolne, widział, słyszał i czuł doskonale wszystko ze swego otoczenia. Był drapieżnikiem a noc była jego żywiołem. Wpadł jak burza na dziedziniec, na którym pozostały resztki sił przeciwnika. Niemal od razu doskoczył do jednego z wojowników. Uderzył raz, szybko i mocno, człowiek zaś cudem zablokował atak. Lecz wampir nie ustępował. Adrenalina i świeża krew buzowały w jego żyłach. Człowiek nie miał najmniejszych szans. Został zasypany gradem ciosów, każdy broniąc coraz słabiej. W końcu ostrze wampira dosięgło celu, trafiło w niechroniona skroń wojownika. Rozległo się niezbyt przyjemne chrupnięcie, trysnęła krew, a Zgromadzeniowec wrzasnął krótko i padł na ziemie. Krwawiąc drgał w pośmiertnych konwulsjach. Dragosani już tego nie dostrzegał, gdyż skoczył ku kolejnemu przeciwnikowi. Tym razem chciał się nim pobawić. Uderzył, nawet nie celując, przez co wróg łatwo wykonał unik i zadał własny cios. Dla wampira w jego żywiole cios ów wydawał się żałośnie wręcz wolny. Unik był dziecinnie prosty. Odskoczył w bok i płazem miecza zdzielił przeciwnika w kolano. Ten syknął, ale ustał, najwyraźniej nie bardzo wiedząc, dlaczego jeszcze ma całe ścięgna. Chwiejnie stanął w pozycji obronnej, trzymając miecz obiema rękami. Wampir uśmiechnął się wstrętnie i ponowił atak. Uderzał wolno i słabo, bardziej zaczepnie, niż aby zabić. Bawił się z człowiekiem, niczym kot z myszą. Trącał go mieczem i unikał jego ciosów, jednoczenie szydząc i niszcząc jego pewność siebie.
- No zobaczymy czy ci się uda... - Zadał cios. - Oh, za wolno. Może następnym razem. - Tyle, ze każdy kolejny raz był już szybszy i silniejszy. W końcu człowiek był u skraju wytrzymałości. Wampir postanowił to zakończyć. Odsłonił się, aby sprowokować przeciwnika. Gdy ten machnął mieczem, wampir zwinie uchylił się i wolną dłonią złapał za rękę Zgromadzenioca, po czym pociągnął, wytrącając go z równowagi. Mgnienie oka później, na odsłonięty kark wojownika spadło ostrze miecza. Rzecz jasna nie ścięło głowy. Nie musiało, bowiem rana jaką zadało i tak była śmiertelna.
0 Elfi łucznik
5 wojownik zgromadzenia
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej