Tereny Valfden > Dział Wypraw
Semper Fidelis Ad Mortem- Zawsze wierny aż do śmierci
Eric:
Diomedes pogonił swego wierzchowca i wypadł galopem na trakt po to, by dopaść nieco zdezorganizowaną karawanę. Ochroniarze i wojownicy szybko zrozumieli, w jakiej znaleźli się sytuacji i niemal natychmiast przyjęli szyk obronny. Nivellen szczególnie obawiał się nieprzewidywalnych berserkerów zdolnych niemal do wszystkiego. W czasie jazdy ściągnął z pleców swój długi, wykonany przez krasnoludów miecz i ciął nim w powietrze na próbę. Ostrze wydobyło satysfakcjonujący syk, który sprawił, że kąciki ust Diomedesa wygięły się wesoło. Przebijając się przez blade opary mgły wjechał w zawrotnym tempie na most i solidnie zamachnął się mieczem na pierwszą wrogo nastawioną istotę, jaka nawinęła mu się pod ostrze. Nie zwalniając nakierował klingę na szyję orka. Cios został zatrzymany jednym z toporów, które dzierżył zielonoskóry, drugim zaś machnął niebezpiecznie blisko piersi Diomedesa, ten jednak przegalopował obok niego, dzięki czemu zapobiegł pofarbowaniu swojego kubraka na czerwono. Nivellen zawrócił niemal natychmiast i znów puścił się w pełnej prędkości na oszołomionego przeciwnika. Kolejne cięcie odznaczyło się na skórze orka szkarłatną szramą na ramieniu. Po chwili dołączyły do niej kolejne rozmieszczone na losowych częściach ciała. Diomedes dopiero dowiadywał się jak trudno jest równocześnie manewrować koniem i zadawać celne ciosy. Dopiero kiedy zaczął taranować orka ciężkimi kopytami wierzchowca, udało mu się rozciąć szyję przeciwnika. Zielonoskóry trzymał się zadziwiająco długo, nim upadł na most, targany pośmiertnymi konwulsjami. Tuż naprzeciw Diomedesa wyłonił się kolejny nieokrzesaniec, który najwyraźniej wyrażał ogromną ochotę pomszczenia kolegi, co podpowiadał dość sugestywny okrzyk wymalowany na jego ustach. Machając w powietrzu oboma toporkami nieuchronnie zbliżał się do nieco zdyszanego Diomedesa. Ułamek sekundy za późno ponaglił konia i cios wymierzony w jego biodro został wyegzekwowany na koniu. Rumak parsknął i zawył przeraźliwym głosem, po czym stanął na tylnych nogach i zrzucił ze swego grzbietu jeźdźca. Diomedes, który doświadczył nieprzyjemnych konsekwencji upadku, tym razem jednak odsunął się idealnie na czas i turlając się po kamiennym moście zdołał uniknąć poszatkowania ostrzem topora. Racząc orka niewybrednym popisem gimnastycznym, podniósł się na nogi nie używając rąk i już będąc całkowicie gotowym sparował dwa jego następne ciosy. Powoli cofał się w stronę krawędzi w skupieniu odbijając każdy atak zielonoskórego. Będąc tuż przy nim, wyprowadził krótki kontratak: z impetem odbił jeden z ciosów orka, postąpił lewą nogą krok do przodu, przekładając ciężar ciała na lewą stopę, zdzielił orka rękojeścią w szczenę, zdecydowanym ciosem wbił mu kolano w podbrzusze, po czym kończąc trudy walki, cofnął się lekko i pchnął zielonoskórego w klatkę piersiową, po czym kopniakiem posłał martwe ciało prosto do wody. Pozostał na polu walki bez rumaka, co nie stawiało go w najlepszej sytuacji. Nie mógł się rzucać w oczy, za to musiał być cholernie ostrożny. Ale znał techniki efektywnego ukrywania się.
0/7
5/10
11/12, jeden w agonii
Zeyfar, piszże kuźwa te statystyki łaskawie.
Hagmar:
Tym śmiałkiem był kolejny berserker, wielki zły ork biegł na maurena i konającego Adamusa. Nie dobiegł, w jego karku tkwił bełt wystrzeelony przez Garira. Kurwaaa! Wrzasnął na całe gardło, był wściekły... leżący obok Yarpen wyskoczył zza osłony i ruszył na Agalaya w krwawym szale.
0/7
4/10
11/12, jeden w agonii
Dragosani:
Ravnblod po raz kolejny ruszył do akcji. Nie bardzo ze swojej winy, po prostu stał się celem kolejnego wojownika Zgromadzenia. Lecz też nie unikał tej konfrontacji. Uśmiechnął się widząc zbliżającego się przeciwnika. Co ciekawe nosił on kaptur, jak jego martwy kompan. To jakaś tradycja, moda czy też inne cholerstwo? Kaptur w walce był raczej mało praktyczny. Ograniczał widoczność po bokach, niewiele ale zawsze. I denerwował samą swoją obecnością. Tak przynajmniej uważał Severus, lecz jego przeciwnikowi widocznie to nie przeszkadzało. Wojownik, podobnie jak jego martwy kolega, zakręcił młynek mieczem. Albo chciał się popisać, że potrafi, albo chciał wystraszyć, ewentualnie zmylić przeciwnika. Albo też uważał takie sztuczki za fajne i chciał na takowego wyjść. Dla Severusa mógłby równie dobrze pokazać, że jest martwy, na jedno by wyszło. Kruczy adept był pewny swych umiejętności, które może mistrzowskie nie był, ale złe też nie. Tym razem to on zaatakował pierwszy. Natarł na zakapturzonego, tnąc dość prymitywnie, od góry. Cios oczywiście został zablokowany. Wymierzył szybkie i krótkie machnięcie, potem następne, zaś jego przeciwnik je blokował. Starcie to było dość agresywne. Zakapturzony w końcu sam wyprowadził cios, na co Severus zareagował odskoczeniem w tył. Zgromadzeniowiec doskoczył do niego i kontynuował atak. Ravnblod dzielnie się bronił, nie chcąc zwiększać dystansu, więc zwyczajnie parował. Sam również usiłował wymierzać ciosy i tak starcie skupiało się na szybkiej wymianie uderzeń. Lecz nie był to przypadkowy "taniec ostrzy". Severus miał cel i konsekwentnie do niego dążył. Chciał ustawić przeciwnika dokładnie pomiędzy sobą, a kamiennym murkiem na krawędzi mostu. Trwało to dobra chwilę, lecz wróg nie zorientował się w czym rzecz. Sev zaczął więc napierać. Jego oponent musiał się cofać. W końcu stracił miejsce do cofania, trafił na wspomniany murek. Ravnblod wykorzystał krótką chwilę konsternacji przeciwnika i agresywnie zaatakował, zasypując go gradem ciosów. Nawet niespecjalnie mierzył. W końcu jedno z cięć przemknęło przez paradę zakapturzonego i trafiło go w brzuch. Mithril przeciął pancerz, raniąc przeciwnika Seva. Krew buchnęła, lecz Kruk nie poprzestawał. Uderzył jeszcze raz, ostrze minęło broń przeciwnika i uderzyło go w pierś, lecz rana tym wywołała była płytka. Severus ciął więc w górę. Klinga trafiła w szczękę zakapturzonego. Krew trysnęła ponownie. Ravnblod wycofał ostrze i ostatecznie ciął przeciwnika w gardło. Krwawiące ciało zwaliło się na murek mostu i tam pozostało, jakoby pijak, który wracając z karczmy nocą puścił pawia do rzeki i zasnął na murku.
Severus odetchnął. Starł rękawem krew, która trysnęła na jego twarzy, tylko ją rozmazując. Dawniej coś takiego tylko by go bardziej nakręciło do walki. Zapach krwi i jej ciepło. Teraz... było podobnie. To było pewne zboczenie, które zostało mu jeszcze z dawnych lat. Co prawda nie pił krwi, lecz lubił jej widok, gdy wypływała z wrogów. Taki mały, sadystyczny odchył. Całkowicie bezpieczny do czasu, aż Sev zamieni się w seryjnego mordercę. Lecz to było mało prawdopodobne. Młody stary Kruk rozejrzał się. Kolejny cel ujrzał niemal od razu. Kolejny wojownik Zgromadzenia. Sev wolał unikać walki z orkami, jakoś nie miał ochoty na kontakt z ich toporami. Całe szczęście pozostało jeszcze kilku ludzi. Zgromadzeniowiec zamierzał chyba zajść od tyłu jednego z kompanów Seva. Kruk nie zwrócił nawet uwagi którego, było to nieistotne. Istotne było to, że ów członek Zgromadzenia jeszcze żył, choć nie powinien. Ravnblod więc ruszył na niego. Zgromadzeniowiec usłyszał jego bieg i odwrócił się. Niemal od razu wymierzył cięcie Sevowi, który był już dość blisko. Cios był wysoki, zapewne mający na celu głowę Kruka. Lecz ten padł na kolana, wychodząc pod ostrze wroga i szybko przeturlał się w bok. Szybko wstał i odskoczył unikając kolejnego cięcia. Gdy wróg już je wyprowadził i był odsłonięty na moment, Ravnblod wyskoczył ku niemu z uniesionym ostrzem. Wróg zdołał jednak zrobić całkiem zgrabny unik. Severus jednak napierał, chcąc po prostu nie dać wytchnienia przeciwnikowi. Uderzał raz po raz. W pewnym momencie ostrze jego miecza przeszło przez paradę wroga i trafiło w jego ramię, rozcinając je. Wróg syknął z bólu, lecz nie puścił miecza, ani nie zaprzestał walki. Mimo to jego technika zdawała się pogarszać. Walka trwałą dalej. Przeciwnicy wymieniali ciosy i unikali ich. W końcu zakapturzony wyprowadził cios od góry. Severus zdołał wykonać unik. Okręcił się wokół własnej osi, robiąc znośny piruet i chlasnął wroga, celując w jego twarz. Ostrze trafiło samym końcem. Rozcięło łuk brwiowy zgromadzeniowca. Krew zalała mu oczy. Sev wykorzystał to i silnie pchnął mieczem. Ostrze przebiło kolczugę i wbiło się w brzuch wroga. Krew zalała dłoń Severusa. Wyszarpną l ostrze i zakończył mękę zakapturzonego, tnąc jego gardło.
0/7
4/10
9/12, jeden w agonii
Arti:
Aerth ukrył się tak dobrze, że jak na ironię przystało - jego kryjówka okazał się duża przeszkodą. Gęste krzaki były zbyt wysokie by zza nich strzelać. Młodzieniec nerwowo zaczął szukać jakiegoś punktu w najbliższym otoczeniu, z którego mógłby oddać celne strzały i pozbawić życia kilku wrogów. Zadanie okazało się być jednak troszkę trudne, biorąc pod uwagę gąszcz zarośli oraz nadal wiszącą mgłę. Do uszu Kruka dobiegały odgłosy walki i świsty strzał, oraz bełtów. Walka rozpoczęła się na dobre, a on nadal jak ta sierota nie mógł nic zrobić. Raz się żyje, pomyślał i szaleńczym pędem ruszył przed siebie, odsłaniając się przed przeciwnikami. Miał nadzieję, że żaden z nich go nie dostrzeże, że uda mu się przemknąć kilkanaście metrów wzdłuż brzegu lasu celem wdrapania się na niskie gałęzie rozłożystego dębu. Niemal mu się to udało, ale dostrzegł go jeden z berserków. Zielona góra mięśni zaczęła biec ospale w kierunku Aertha, lecz ten się nie przejmował. Pięć, sekund, strzała na łuk. Berserker nadal miał spory dystans do przebycia - niestety, już go nie przebędzie. Soczysty świst przeszył chłodne powietrze, po chwili metaliczny zapach krwi wypełnił atmosferę wokół młodzieńca i rozbudził w nim bojowe podniecenie. Sięgną po kolejną strzałę - tym razem nie popędzał go gnający w jego kierunku ork, więc spokojnie naciągnął strzałę i ponownie wycelował. Był jakieś 90-110 metrów od celu. Strzała poszybowała.
Trafił?
Strzały: 10-2=8
0/7
3/10
9/12
Eric:
Ciężko jest zachować całkowicie zimną krew będąc ofiarą napadu. Na własnej skórze przekonał się o tym jeden z wojowników zgromadzenia, który nieświadomie oddalił się od reszty karawany płochliwie rozglądając się wokoło, by nie paść ofiarą samotnej, zabłąkanej strzały. Pech chciał, że metaforyczną strzałą, na którą się nadział, był Diomedes, który w wyskoczył tuż przed rumaka wojownika zgromadzenia. Wierzchowiec wierzgnął, parskając głośno i dostarczając jego jeźdźcowi dziennej porcji adrenaliny w pigułce. Nivellen nie wahał się, wykonał pewne cięcie na szyję wierzchowca, pozbawiając go życia na miejscu. Zgromadzeniowiec spadł z siodła jednak niemal natychmiast poderwał się i wyswobodził swój miecz z pochwy. Pierwsza faza pojedynku polegała na obserwacji. Diomedes ze względu na niezbyt imponujący zestaw pancerzy mógł ujść za łatwy kąsek, jednak wojownik dający się zwieść pozorom nie osiąga zbyt sędziwego wieku. A zgromadzeniowiec najwyraźniej wymarzył sobie spędzenie starości przy kominku otoczony gromadką wnuczków, bo wcale Nivellena nie lekceważył, wręcz przeciwnie, zdumiał się jego odwagą. Owe zdumienie dało Diomedesowi sposobność do wyprowadzenia ataku. Ciął agresywnie przez lewe ramię prosto na pierś przeciwnika. Rozległ się głośny szczęk stali, kiedy klinga natrafiła na klingę. Wojownik zgromadzenia nie był w ciemię bity. Nie mógłby ot tak dać się załatwić już po pierwszym cięciu. O nie! Miał kochającą żonę i dwójkę dzieci, a także psa Azora, którego co prawda wykastrował, ale każdego dnia z uporem przekonywał się, że zrobił to wyłącznie dla jego dobra. Diomedes nie zraził się nieudaną próbą ataku, niemal natychmiast wyprowadził złożoną kombinację ciosów, w której zawiłość fint, sprytnych, "fałszywych" parad, po których niemal od razu mógł wyprowadzić groźny kontratak na odsłoniętą zbroję przeciwnika, na pewno przewyższała liczbę kolorów tęczy, a sam most załamanego światła wyprzedzała swą barwnością. Wyglądało jednak na to, że obrona zgromadzeniowca była niemal perfekcyjna. Tam, gdzie nie zdołał uchronić się paradą, chroniła go żelazna kolczuga ukryta pod płaszczem. Miecz Diomedesa nie mógł sobie z nią poradzić, mimo że niczym meteoryt bombardował lśniącą powierzchnię pancerza, pozostawiając w nim liczne wgniecenia. Pozwolił więc wojownikowi przejąć inicjatywę, wiedząc, że ryzykuje wiele, jako że sam nie był chroniony żadną zbroją. Kilkukrotnie został skarcony za zbyt wolny czas reakcji i po kilku minutach walki obronnej był poznaczony płytkimi ranami na skórze. Nadszedł jednak moment, którego Diomedes wyczekiwał, wojownik zgromadzenia również podjął większe ryzyko i zamachnął się mocniej niż dotychczasowo częściowo się odsłaniając. Nivellen odbił cios zgromadzeniowca, który z impetem zatoczył się do tyłu z trudem utrzymując równowagę. Wtedy Diomedes ceremonialnym, eleganckim cięciem pozbawił go głowy. Struga krwi prysnęła z szyi nieszczęśnika i przez chwilę zdawało się, że mgła zabarwiła się lekkim różem. Nivellen poczuł w nozdrzach pobudzający zapach krwi. Tuż za sobą usłyszał upadek. Inny wojownik został pozbawiony rumaka strzałą któregoś z łuczników skrytych po drugiej stronie brzegu. Nie zamierzał nie skorzystać z takiej wygody. Nie zdążywszy nawet otrzepać klingi ze świeżej krwi, ruszył biegiem w kierunku mężczyzny próbującego wstać na nogi, możliwie unikając wierzgającego w agonii konia. Wojownik dość szybko spostrzegł się, że nie może sobie pozwolić na rozżalenia nad utratą wierzchowca. Natychmiast wydobył broń i bez zbędnych ceregieli rzucił się prosto na Diomedesa. Ten z trudem sparował wyjątkowo nieprzyjemną kombinację cięć: najpierw prosto z góry na jego czaszkę, potem szybko musiał się orientować by osłonić swoje ramię i szyję, za chwilę zaś zmuszony był dać popis akrobacji, unikając ciosu wymierzonego na jego klatkę piersiową. Z poirytowaniem zauważył, że wojownik wyposażony był w zbroję, wobec której jego mecz był jak do tej pory bezradny. W tym momencie chętnie zmiażdżyłby czaszkę wojownika młotem, niestety takowego nie posiadał, a i nie był całkowicie pewien, czy jego zdolności posługiwania się nim były wystarczające, by wygrać tę walkę. Nie rozczulając się jednak nad wysoce niewygodną sytuacją w jakiej się znalazł, przeszedł do szybkiej lecz nieskutecznej kontry. Wojownik zrobił unik przed jego ciosem i zasłonił się zbroją, klinga wylądowała na piersi zgromadzeniowca, ale pozostawiła na oczkach kolczugi jedynie jasną rysę. Oponent od razu wyprowadził cięcie na odsłonięte ramię Diomedesa. On jednak był na tyle szybki, by częściowo sparować ten cios, choć ostrze wroga ześlizgnęło się po paradzie i głęboko zatopiło się w przedramię Nivellena. Młodzieniec syknął z bólu i odskoczył, rosząc kamienne płyty mostu kapuśniaczkiem krwi. Z trudem utrzymywał miecz w obu rękach. Nie mógł pozwolić, by zgromadzeniowiec przejął inicjatywę, szybko więc zamarkował uderzenie na klatkę piersiową i pozwalając ostrzu klingi opaść ku ziemi, natychmiastowo wyprowadził właściwy cios - płazem na nogi. Wróg zachwiał się i stracił równowagę, więc Diomedes dopełnił czynu lekkim kopniakiem w klatkę piersiową, który w tych okolicznościach zesłał przeciwnika na spotkanie z zimną płytą mostu. Wojownik dłonie trzymał na podbrzuszu, trzymając w nich rękojeść miecza skierowanego ostrzem w górę, Nivellen umiejętnie uderzył w nie tak, że ten wypuścił je z dłoni, po czym zatopił klingę w rozwartych w okrzyku przerażenia ustach przeciwnika. Zdyszany i spocony upadł okrakiem na powierzchnię mostu. Czuł, jak pot spływa mu po twarzy, jak rosi jego czoło i przykleja koszulę do ciała. Przypomniał sobie o ranie, kiedy zapiekła ognistym bólem. Oderwał kawałek rękawa i przewiązał go wokół obficie krwawiącej szramy na przedramieniu. Nagle usłyszał kroki. Popatrzył się przez ramię. Wprost na niego biegł kolejny zgromadzeniowiec. Z przerażeniem zorientował się, że nie wstanie na czas. Nie zasłoni się mieczem. ÂŻe jeśli Nuda lub Gunses być może oglądający sytuację z drzewa po drugiej stronie brzegu nie zainterweniują, zginie. Przymknął oczy. Pod powiekami zoczył obraz kotła duszy. Nie chciał tam wracać.
0/7
3/10
7/12 +1 zarezerwowany dla dowolnego łucznika, który ma ochotę uratować mi tyłek.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej