- Nie. Albowiem wysokie niebiosa, które w boskości waszej bosko was wraz z gwiazdami umacniają, czynią was zasługującą na zasługę, na którą zasługuje wielkość wasza. - rzekł sentencjonalnie i również zakąsił. Wypili, zakąsili, chlapnęli na drugą nogę, bo po pierwszym się przecież nie zakąsza... Potem wypili trzeciego, bo i Boh trojcu lubit, potem czwartego, bo chata ma cztery kąty, a koń cztery kopyta. Potem po piątym, bo ręka ma pięć palców, a czołg czterech pancernych i psa, potem po szóstym, bo tydzień dawniej miał sześć dni roboczych, potem po siódmym, bo skarb zawsze leży siedem kroków od miejsca, w którym się go szuka. Tak bynajmniej tłumaczył to wszystko obeznany w tych sprawach Białoruski narrator, przez którego przemawiał sam rozum Istedda. Dopił gąsior swego miodu.
- Dobre. - podsumował.
- W rzeczy samej nie ma nic przykrzejszego niż być człowiekiem, dajmy na to, bogatym, pochodzącym z porządnej rodziny, z jaką-taką urodą, nienajgorszym wykształceniem, niegłupim, nawet dobrym - i jednocześnie nie mieć żadnego talentu, żadnej cechy szczególnej, żadnego nawet dziwactwa, ani jednej własnej idei, po prostu być "jak wszyscy". Takich ludzi jest na świecie całe mnóstwo, znacznie więcej nawet, niż mogłoby się wydawać; dzielą się oni, jak i wszyscy ludzie, na dwie główne grupy: ograniczonych i "znacznie mądrzejszych". Pierwsi są szczęśliwsi. - mówił, dla zabicia czasu. Jeżeli kobieta chciałaby posłuchać - mógł kontynuować dalej swe filozoficzne przemyślenia.