Tereny Valfden > Dział Wypraw
Stale sobą być? Cichy karczmarski zwiad w "Obieżyświacie"
Gunses:
//Elrond
- Dobrze, więc - rzekła i wzięła listy. Uśmiechnęła się pod nosem i schowała je pod ladę - Dzięki Ci wielkie. Przydałeś się... Coś jeszcze?
//Malavon
- A z karczmy pod lisem. Siedział tam, pracy szukał, nająłem go.
//Isted
- A jasne! Niechaj bieży do lubej!
- Dać chłopowi pociupciać!
- My za niego zapłacim! - zawołali inni. Karczmarz pochrząkał, zgodził się i kiwnął Ci przyzwalająco głową. Droga wolna!
Istedd:
Zaprawdę jego teatralność pomogła wznieść się motłochowi do rangi przydatnego towarzysza. Wielkie przy nim było szczęście i wielce rad był z tego. Niechaj będzie to równowaga dana przeciwko ostatnim wyprawom, w których los był mu niezbyt przyjazny. Jak jednakże mógł narzekać na Panią Fortunę? Z pewnością teraz chwalił jej... eee... stopy? Podniósł się z ziemi i ukłonił się wielce na cztery strony świata.
- Zaprawdę dziękuje wam, szlachetni panowie! Niechaj wam zdrowie dopisuje i szczęście, żeście wsparli miłość! Dziękuję wam najserdeczniej! Powodzenia mi życzcie! - rzekł tubalnym głosem i skierował się do schodów. Tym razem chyba nic mu nie przeszkodzi. Gdyby jednak nań spotkał nader cielistego gościa po prostu przepchnąłby się. Miał bowiem szczytny (tak jakby) cel. Kiedy znalazł się na górze jął szukać wspomnianych trzecich drzwi od prawej. Tam znajdywać się miał poszukiwany przedmiot - kawałek starej tarczy.
Gunses:
Trzecie drzwi niespodziewanie były właśnie trzecie ;O
Istedd:
Jakże niespodziewanym było to odkryciem! Zupełnie jak wynalezienie krowiego mleka! Bo jakiż pomysł miała pierwsza istota, nie licząc cielęcia, które zapragnęło wydoić krowę. A gdyby natrafili na groźnego samca z tego gatunku? Zaprawdę otrzymałby ów odkrywca białą ciecz, niekoniecznie jednak nadającą się do picia. Przynajmniej nie spotkał po drodze żadnych kłopotów. Korytarz zdawał się pusty, tak... chyba wszyscy bywalcy karczmy wlewali w gębę piwo i krzepili żywoty jadłem, albo po prostu chędożyli się po pokojach. Tych jednak odgłosów nie słyszał. Rozejrzał się raz jeszcze i jakby zastygł, nasłuchując czegoś. Niemiło byłoby napotkać teraz najemcę owej kwatery. Obejrzał czy drzwi są porządnie ułożone. Acz argumenty siłowe postanowił odłożyć na później. Może Pani Fortuna mu sprzyjała? Sięgnął za klamkę i spróbował w najprostszy sposób otworzyć drzwi. A nuż się uda?
Elrond Ñoldor:
- Oczywiście! - wyszczerzył zęby. - Miałem zostać oddelegowany do kolejnego zadania dla "księżyców".
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej