Tereny Valfden > Dział Wypraw
Stale sobą być? Cichy karczmarski zwiad "U Baby Jagi"
Anv:
Szliśmy więc po jaskini szukając czy to resztek złota, jakie można znaleźć w takich miejscach, czy innych skarbów jakie to gobliny mogły sobie przytaszczyć.
- Myślisz, że to już wszystkie? - zapytałem, zastanawiając się czy nic nas nei zaatakuje znowu.
//: Oj Guciu nie pierdol. Fakt, zapomniałem się i całkowicie rozumiem rozcharatanie na pleckach, z tego tylko ładna blizna będzie, ale ja w innej sprawie. Sam też zawsze walczyłeś z jednym wrogiem, ewentualnie dwoma, nawet przy stadzie wrogów, tak po prostu było u każdego. Także nie mów mi że nie umiem walczyć. Rozumiem fakt, że zasady się zmieniły, w sumie na dobre i trzeba się przystosować, ale bez przesady.
Gunses:
//Sikasz, bo jesteś starym graczem z zjadła Cię rutyna i napisałeś walkę na odwal się.
//Masz bolące i krwawiące rany na plecach.
//Zza zaułka wyskoczyły kolejne trzy Gobliny Tyreńskie.
3x Goblin Tyreński
--- Cytuj ---1:
Nazwa broni: Gobliński Kursh-Tosh
Rodzaj: topór
Typ: oburęczny
Ostrość: 15
Wytrzymałość: 11
Opis: Wykonany z 50 sztabek żelaza i 10 kawałków drewna o zasięgu 1,2 metra.
Wymagania: Walka broniami siecznymi [75%]
2: brak
3: brak
4: brak
Zbroja:
Nazwa odzienia: Zbroja łuskowa
Rodzaj: zbroja niepłytowa
Typ: zbroja łuskowa
Wytrzymałość: 21
Opis: Wykonana z 100 kawałków skóry kreshara i 50 sztabek żelaza.
Wymagania: Używanie zbrój niepłytowych
Pas: 3 grzywny, kawałek suszonego mięsa
--- Koniec cytatu ---
Anv:
Plecy bolały to fakt. Jednak w tym momencie zbytnio się tym nie przejmowałem. Adrenalina krążyła po ciele w ilościach wyraźnie nadmiernych. Tymczasowo niwelowała ból, napędzała do dalszej walki i poprawiała refleks. Zwłaszcza w moim przypadku, gdy raczej nie stroniłem od bezpośredniego kontaktu. Gobliny szybko podbiegły do nas, nie było czasu na zastanawianie się. Po chwili jeden z toporów już leciał z góry w moja stronę. Zdążyłem zrobić tylko szybki unik w bok, odbijając się kosturem o ziemię. Zareagowalem równie szybko i trzymając kostur oburącz, a mając goblina po swoim boku, pchnąłem mocno w jego szczękę. Niby tylko trójka goblinów, a żyć nie dawała jak całe stado. Teraz kolejny goblin atakował od góry, jedyna szansa to blok. Blok czym? Kosturem? Pójdzie w drobny mak przy zetknięciu z ostrzem. Zaryzykowałem i przesunąłem kostur trochę dalej, sam też się wychyliłem, tak aby zablokowac cios, opierajac o rękojeść toporu. Musiałem lekko przykucnąć bo taki ruch by się inaczej nie udał. Resztkami sił udało się zablokować cios. Przechyliłem kostur w bok i przedłużyłem atak goblina do ziemi. Wtedy do zabawy włączył się trzeci goblin. Szybko kopnąłem jedynie go w udo i odskoczyłem w bok, gdyż ten pierwszy, który dostał w szczękę próbował złapać mnie szponami. W ten sposób znalazlem się pod ścianą. Strategicznie dobre miejsce. Przynajmniej od tyłu nic mnie nie zajdzie. Tak... To było bardzo pocieszające. Teraz dwójka najbliższych goblinów skierowała się w moją stronę a pozostały jeden zajął się Diomedesem, który znalazł się bliżej niego. Machałem raz za razem, od boku do boku, by utrzymać gobliny na dystans. Oczywiście nie na oślep, by tylko machać. Tylko w momencie gdy mogli decydowac sie podejść bliżej. Czyli prawie non stop. Nagle jeden goblin zaryzykowął i zaszarżował tnąc od boku. Szybko schyliłem się by nie oberwać. Drugi także teraz nie próożnował. Gdy tylko zauważył, że uchyliłem sie od ciosu jego pobratymca postanowił zaatakować. Gdy unosił topór do ataku, miałem jedną z lepszych szans, szybko pchnąłem kosturem w okolice splotu słonecznego. Poprawiłem chwyt i uderzyłem drugim końcem w bok goblina. Teraz zrobiłem krok w tą właśnie stronę, chwilowo odgradzając sie od pierwszego goblina. Pewnym chwytem dobyłem rękojeści sztyletu i równie potężnym pchnięciem, ułożyłem wygodnie między barkiem a szyją potwora. Ruch ryzykowny, ale jedyny możliwy, bowiem mój sztylet nie był najwyższej jakości, a zbroja goblina, już na pierwszy rzut oka cehcowała sie solidnymi elementami. Sztylet miał tylko trzydzieści centymetrów, więc można było szybko reagować, zwlaszcza, że goblin stał do mnie na wpół bokiem, na wpół plecami. Wyciągnąłem ostrze i ponownie umieściłem za pasem. Ciało opadło z głuchym łoskotem na ziemię. Poza jedną sztuką walczącą z Diomedesem, pozostał tylko jedna, która teraz atakowała od dołu, jakby chcą rozbroić mnie. Nie mogłem sobie na to pozwolić, uskoczyłem w bok. Musiałem szybko zareagować. Wtedy wpadłem na pomysł. Szedłem teraz non stop w tył, krok po kroku, aby nabrać odległości. W międzyczasie dobyłem runy ognia, ktorą miałem za pasem. Chwyciłem mocno i wypowiedziałem inkantację
- Heshar! - w mojej dłoni formowała się kula ognia, chwilę to musiało potrwać więc, cofałem się. Kiedy była już gotowa, z całej siły cisnąłem nią w goblina. Ten syzbko zajął się ogniem. Szybko podbiegłem do neigo, właściwie biegłem już ułamek sekundy po rzuceniu zaklęcia, bez czekania na efekt. Wtedy postanowiłem zastosować technikę z poprzedniej potyczki. Uderzyłem kosturem mocno w brzuch, szybko cofając broń, by ogień nei wyrządził szkód. POte równie szybkie uderzenie w nogi, najpierw od boku, goblin zaatakował, tnąc ostatkami sił od lewej, odskoczyłem na chwilę po czym łapiąc za jeden koniec obiema rekami uderzyłem w tył jego kolan. Gwałtownie przyciągnąłem kostur do siebie i chwyciłem go drugą ręką w odpowiednim już odstępie. Wszystko po to by równie szybko zareagować. Wtedy drugim końcem uderzyłem w tył głowy goblina, powalając go na ziemię. Ponownie nachyliłem sie odbywając sztyletu i pchnąłem mocno u podstawy głowy, mierząc ostrzem w głąb czaszki.
2/3 zabite
//: Uwierz, że nie pisałem tamtego posta rutynowo. Taki goblin dwumetrowy z konkretnym toporem i porządną zbroją to niezbyt lekki przeciwnik dla postaci bez umiejętności. Dlatego przemyślałem raczej te ataki. "Z ręką na sercu" mogę spokojnie powiedzieć, że w porownaniu z ostatnimi postami walki u Anva na przykład, ten nie był mechaniczny.
Eric:
Diomedes był gotów na wszelkie niebezpieczeństwa czyhające wewnątrz jaskini. Nie bez parady zakończył wszystkie rozmowy i skupił się na tym, by nie zostać zaskoczonym. Można wręcz powiedzieć, że mimo przewagi własnego środowiska, to właśnie gobliny zostały zaskoczone. Dwa zajęły się Faustem, Diomedes więc teraz miał okazję do nieco luźniejszej walki, kiedy oczy mógł skupić tylko na jednym przeciwniku, nie musiał lawirować pomiędzy kilkoma kmiotkami usiłującymi odebrać mu życie. Miecz trzymał w pogotowiu, to też pierwsze cięcie wyprowadził wręcz błyskawicznie. Cudem było to, że goblin w jakiś sposób zdołał ustawić topór, by sparować ten cios. Nie mniej jednak jakaś licha parada nie mogła zatrzymać zaprawionego w boju młodzieńca. Przeniósł ciężar ciała na lewą nogę, wykonał obrotowy krok prawą i w ten dynamiczny sposób wymierzył goblinowi cięcie na wysokości krtani. Zgnilec wykazał się niebywałą zręcznością, kiedy kucając minął się z ostrzem o ułamki sekund. Szkoda, że nie miał włosów. ÂŚcięcie ich mieczem w walce zawsze wyglądało efektownie. I dodawało pewności siebie. Diomedes stwierdził jednak, że brak tego widowiska zastąpi jeszcze lepszym. Uprzednio parując niedbały kontratak goblina, ugiął lekko nogi w kolanach. Całą swą siłę skupił właśnie w nich, po czym z całym możliwym impetem wybił się do góry i zamachnął na przeciwnika zza pleców. Ostrze powędrowało z niesamowitą prędkością prosto na jego czaszkę. Tyrreneńczyk i tym razem wykazał się niebywałym sprytem (albo po raz kolejny dopisało mu szczęście), gdyż niewielki krok w bok sprawił, że klinga nie zatopiła mu się w czaszkę w śmiertelnym ciosie, zaś "jedynie" pozbawiła go ręki przy samym barku. Znów w pozycji kucającej wykonał ponowny manewr co na początku, obrót, tyle że na drugą nogę. Cięcie wymierzone w to samo miejsce - krtań. Teraz osiągnęło swój cel. Goblin padł martwy, jego głowa poturlała się w mrok tunelu, zaś Diomedes z zatroskaniem zauważył czerwone plamy na plecach przyjaciela. Najwyraźniej bestiom udało się go ranić. Ale co tu winić maga. Nie mógł być przygotowany do walk w podobnych okolicznościach. Prawdopodobnie poradziłby sobie lepiej, gdyby posiadał głębszą wiedzę w sferze szkół magicznych, ale podołanie dwóm goblinom w ciemnej jaskini przy użyciu broni białej mogło nieco przekraczać jego możliwości.
- No proszę. Czyli mieli kolegów. Może jest ich jeszcze więcej. Zadrapali cię na plecach, nie? Jakby ci tym toporem po karku przejechali to byłoby znacznie mniej ciekawie. Pokaż, muszę zobaczyć ranę.
3/3 challenge completed.
Anv:
- Ee tam ranę. Zahaczyłem o coś i się drasnąłem. - zażartowałem. Złapałem jednak koszulę u dołu i zdjąłem z siebie całkowicie, tak było łatwiej to wszystko obejrzec.
- Bardzo paskudnie to wygląda? - zapytałem, zaciskając zębami dolną wargę. Co by nie mówić, piekło cholernie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej