Tereny Valfden > Dział Wypraw
Karawana śmierci
Hagmar:
Baron wziął kilka oddechów, wycelował "Pissmejkera" w człowieka po lewej. Celował całe pięć sekund co w tych warunkach było niemal wiecznością. Nacisnął w końcu spust, mechanizm wypuścił bełt który poszybował prosto w gardło zwiadowcy, ten zdążył tylko chwycić sie za szyję nim padł martwy na ziemię.
Nessa:
Działania Aragorna zmusiły i elfkę do akcji. Gdy dracon przygotowywał kuszę, ona ustawiała się odpowiednio do oddania strzału. Stanęła wygodnie i odetchnęła. ÂŁuk trzymała w lewej ręce, która była całkowicie wyprostowana. Zerknęła jeszcze na barona, by przypadkiem nie wyprzedzić jego strzału lub sama nie oddać swojego za późno. Wtedy byłoby nieciekawie. To miała być szybka akcja, by żaden z członków Zgromadzenia nie zdążył wydać jakiegokolwiek dźwięku, który mógłby zaalarmować pozostałych. Nessa stała bokiem do zwiadowcy, a głowę obróciła w lewo, tak aby widzieć swój cel przez majdan łuku. Prawą dłonią założyła strzałę na cięciwę, którą napięła aż do twarzy. Odczekała kilka sekund skupiając swój wzrok na celu, a słuch na broni Aragorna. Oczekiwała charakterystycznego dźwięku. Gdy go usłyszała, wypuściła strzałę, która również bezbłędnie trafiła w szyję drugiego przeciwnika, choć długość oddechu po bełcie dracona.
Tinuviel zamrugała kilkakrotnie. Dalej nie znosiła tego uczucia. Strzelanie do tarcz było zdecydowanie przyjemniejsze. Popatrzyła pytająco na Aragorna. Może wyłapał jeszcze jakiś niepokojący dźwięk.
Eric:
Diomedes stał z rękami założonymi na piersi i opierał się o pień drzewa. Cała akcja wyeliminowania leśnego zwiadu została bezbłędnie i perfekcyjnie przeprowadzona przez elfkę i dracona, więc z lekkim uśmiechem zaklaskał im beztrosko, choć jego twarz wyrażała raczej zaniepokojenie.
- To czasem nie Zgromadzeniowcy? - wychrypiał posępnym tonem, powoli i ostrożnie ruszając w stronę martwych ciał.
Hagmar:
Zgadza się. Kurwa jego mać! Dracon się trochu wściekł, a każdy dobrze wiedział co to znaczy... wstał z przysiadu i przeszedł przez powalone drzewo, sprawdził trupy ich płaszcze tylko potwierdziły plotki... Zgromadzenie jakimś cudem powróciło. Baron załadował kuszę i ruszył w stronę z której przyszli zwiadowcy, nawet nie silił się na skradanie, szedł raźno z żądzą mordu w oczach.
Adaś:
Gdy tylko wypoczęliśmy, pojedliśmy sobie, oraz się na patrzyliśmy, kijanka dała wyraźne polecenie wyruszenia w drogę. Wstałem pozbierałem wszystkie swoje menele, których było dość sporo, w końcu nie potrzebnie ich tyle natargałem ze sobą. Zamiast być "zgrabnym", zwinnym zabójcą czułem się jak ciężko zbrojny żołnierz, tylko z jedną małą różnicą, miałem lekki pancerz.
Powolnym krokiem, wyszedłem z karczmy, osiodłałem nowego konia, po czym go dosiadłem. Trzymałem się na końcu drużyny, rozglądając się na wszystkie strony. Kto wie czym to było spowodowane, może dlatego że w okół było pięknie? A może z tego powodu że obawiałem się że ktoś nas zaatakuje? Ale co by to była za droga, gdyby się nie zrobiła nudna. Natomiast kim by był Adamus Roydil, gdyby nie umiliłby sobie podróży? Momentalnie przypomniała mu się piosenka, którą śpiewał w karczmie. Nie minęła chwila a ten sobie ją nucił pod nosem:
Stare kurwy powiadały że Dracony wyzdychały.
A Dracony żyją i gorzałę piją,
Z nieba spoglądają, i sobie gdzieś latają.
....
I tak mijała mi droga, na śpiewaniu sobie pieśni ludowych. W pewnym momencie dotarliśmy do owej karawany. Z dala śmierdziało już trupem. Nim się spostrzegłem znaleźliśmy się w lesie gotowi do walki....
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej