Tereny Valfden > Dział Wypraw
Biała rewolucja - Uśmiech od ucha do ucha
Istedd:
Odetchnął nieco z ulgą i opanował chaotyczne bicie serca. Zrzucił również z głowy kaptur, który skrywał jego twarz. Dzięki temu być może mniej wyda się podejrzany? Począł się zachowywać spokojnie. Zwolnił krok i nie rozdawał już tak sowicie kopnięć i szturchnięć motłochowi. Stał się jednym z tłumem i jak on falował w chaotycznym nieładzie.
- Tak, zdecydowanie, hrabina Natalia Maja Miriam za zacny tyłek i jakże jędrne piersi! - rzekł tonem bardzo poważnym, gdy zatrzymał się przy jednym szlachcicu. Chciał po prostu zobaczyć zdziwioną twarz tamtego i jego reakcję. Kiwał do tego głową, jakoby znawca jakobyś ciał kobiecych.
Anette Du'Monteau:
Szlachcic nie wiedział co odpowiedzieć, więc pokręcił jedynie głowa na znak zgody. Z dalszego końca tłumu usłyszałeś coś w rodzaju zbliżającego się powozu. Jednak grupy ludzi nie pozwalały ci się przekonać co to takiego w rzeczywistości.
Istedd:
Cha! Isteddowi nawet tyle wystarczyło, żeby prawie się roześmiać. Zaprawdę wielce zabawni bywali szlachcice, którzy postawieni w nader niespodziewanej sytuacji starali się zachowywać pozory dostojeństwa wraz z "dumą". Tego wszak narzucały rygorystyczne... ukazy? Cholera wie, jednak z pewnością to właśnie definiowało w znacznej większości sztywność takich osób "wysokiego stanu". Po chwili tłum zafalował żywiej niż przedtem. Coś chyba poruszyło motłoch z przeciwnej strony? Stwierdził, że dobrze będzie zajrzeć w owo miejsce. Słowy innymi zamierzał się przepchać, żeby zaspokoić swą ciekawość. Zaczął się przepychać i ponownie rozdawać kuksańce, brutalne odepchnięcia, bluzgi i inne zachowanie ukazujące kulturę osobistą Kruka. Ale była na wysokim poziomie! To nie ironia! Gdyby tak nie było - już dawno wyciągnąłby oręż i jął zabijać wszystkich dokoła, jak szaleniec jakowyś. Przy okazji jego dłoń przez przypadek spoczęła na jakiejś jędrnej piersi. Zdążył tylko lubieżnie zacisnąć palce i zniknąć z pola widzenia młodej kobiety. Dotyk był całkiem miły, a co! Jednakże po chwili motłoch go zatrzymał. Teraz utknął... nie mógł się cofnąć - napierały tam tłuszcza. Z przodu również - zbyt szczelny mur utworzyli. Czekał na rozwój wypadków.
Anette Du'Monteau:
Na festyn rzeczywiście podjechał powóz. W otoczeniu kilku elitarnych strażników wysiadł z niego szlachcic oraz paru jego dostojników. Nowo przybyła grupa przypatrywała się całemu tłumowi ludzi i tym co się działo obecnie. -To Messer Graf! - ktoś szepnął obok ciebie głośniej niż by tego chciał. Część ludzi zrobiła miejsce dla nowo przybyłego i jego świty. Musiał wywoływać wielki szacunek, albo wielki strach.
Istedd:
Elitarni strażnicy jakoś odpychali go od planu frontalnego ataku z krzykiem, wparowania w powóz, wymordowania osobistości, jakie przewoził, a następnie efektowną ucieczkę! Być może... nie wiedział również o tym, kto i w jakim celu może znajdować się w powozie. To drugie było raczej prostsze... po prostu wolał sobie wozić tyłek, niźli chodzić. Ale ów pojazd mógł zapewniać ochronę, nieprawdaż? Z rozważań takich, a nie innych, wyrwał go jegomość, który krzyknął mu do ucha równie głośno, jak krzyczał karczmarz, który zastał swą karczmę spustoszoną po dwudniowej biesiadzie, na której zarobił obuchem w łeb i dopiero teraz się wybudził. Bezwstydnie wykorzystał to, że motłoch się rozsunął. Znalazł się kilka osób bliżej Messera Grafa. Chciał obaczyć, jakąż tamten mordę tajemnicę skrywa. Poza tym chciał przypatrzeć się dokładnie ekwipunkowi straży.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej