Tereny Valfden > Dział Wypraw

Biała rewolucja - Uśmiech od ucha do ucha

<< < (5/20) > >>

Istedd:
- Zadanie nieco męczące, ale da się zrobić. Tak myślę. Racja, zakazany owoc kusi najbardziej. A raczej nie macie ochoty rozdać tych jabłek za darmo. Zbierz tedy tych mężczyzn kilku, włodarzu i niech zajmą się poszukiwaniem kamieni. Niechże wezmą też kije, jeżeli takowe gdzieś znajdą. Raz jeszcze łomot i wpierdol nikomu nie zaszkodzi, a może im wreszcie z głów pomysły się wybije. Zaprowadźcie mnie do tych sadów, niechże się tam rozejrzę po terenie i pomyślę, jak wszystko rozplanować. - powiedział i znowu podrapał się w majestatyczną brodę. Sprawa tylko z pozoru wydawała się prosta i przyjemna. W rzeczywistości przeczuwał, że wyniknie z tego wiele upierdliwości.

Anette Du'Monteau:
Włodarz miasteczka zaprowadził Istedda do sadów i sam zniknął organizować wściekł tłum z kijami i kamieniami. Sady jabłoniowe niczym się nie wyróżniały ponad inne. Większość drzew przyozdabiały jeszcze białe kwiaty, choć na niektórych zmieniały się one w zielone zaczątki owoców. Obszar sadów otoczony był niewielkim płotem, który bardziej miał stanowić przeszkodę dla zwierząt niż ludzi.

Istedd:
Istedd dość krytycznie ocenił "umocnienia" sadu. Wystarczyły na odparcie szturmu królików, acz łatwe były do przebycia nawet przez zwykłego bezdomnego. W sumie oni bywali bardzo często na tyle zdesperowani i sprytni, że nie raz włamywali się do miast... toteż nie dziwota. Przez chwilę Kruk badał czy za murkiem mogłaby się skryć osoba, gdyby się położyła. Ciekawie byłoby, gdyby tamci wpadli w sad, a niespodziewanie ich tyły zostały odcięte przez wściekły motłoch z kijami. Z drugiej strony mogłyby stać oddziały uzbrojone w kamienie. Wtedy młodzieńcy znaleźliby się między młotem a kowadłem. Taki przynajmniej teraz miał zamysł.
- Ja to mam szczęście. Jeszcze armię szkolić będę musiał i poprowadzę ją do wielkiej bitwy w obronie swych ziem... zaprawdę, kurewsko wspaniale. Cholera by to wzięła, no! - narzekał w myśli. Podszedł do jednego, najbardziej rosłego na oko drzewa i spróbował się nań wspiąć. Nie było to zadanie łatwe ze względu na posturę i brzuszysko posiadacza majestatycznej brody, acz udało się to po dłuższych zmaganiach. Rozejrzał się stamtąd.

Anette Du'Monteau:
Z drzewa rozpościerał się widok na koniec sadów, a za nimi wielkie łąki. Był wprost idealne do przeprowadzenia pięknej bitwy, którą bardowie będą latami opiewać przy szklankach z jabolem. Z oddali widać było też sąsiednią wioskę, z której to mieli przybywać hultaje.

Istedd:
Istedd uśmiechnął się drapieżnie. Ów grymas twarzy dostatecznie wyćwiczył i nader komponował się on z warcholskimi wąsiskami i majestatyczną brodą. Wyglądał tedy jak prawdziwy pan brat, a nie jako-li menel jakowyś. Przy okazji też widział wioskę "teren przeciwnika". Uznał, że jeżeli młodzieńcy rzucą się do ucieczki już przez łąkę, nic nie wyjdzie, albowiem znacznie są zwinniejsi i szybsi nawet od zajęcy. Pozostawało więc jak najbliżej ich ściągnąć, a potem uniemożliwić ucieczkę i stłuc ich na kwaśne jabłko, za kradzież jabłek i jaboli. Chwilę jeszcze siedział na tym drzewie rozważając możliwość zeskoczenia i wykonania w powietrzu obrotu, acz postanowił jednak tego nie próbować. Zszedł z góry ostrożnie i powoli. Znalazł się znowu na twardej ziemi, którą zdecydowanie bardziej lubił od gałęzi. Nie, postanowił, że nie będzie strzelał do biednych młodzieńców. Wystarczy obrzucić ich kamieniami, obić kijami i pobić pięściami. Jął czekać na włodarza wsi.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej