Tereny Valfden > Dział Wypraw
Ni żywego ducha: ÂŻalnik na Wyrębach
Lord Hejgen:
//A jak co mam robić. Gunses ty dałeś wszystkim zadania ale mnie nie uwzględniłeś.
Gunses:
//Nie dostałeś, to nie masz nic do roboty. Zbyt często bawisz się zmianą nicku, nie załapałem, ze jesteś Anims.
//W Twoim pierwszym poście na wyprawie nie podałeś statystyk swojej postaci. Popraw.
Nessa:
Nessa przysłuchiwała się słowom Nivellena, chodząc w kółko z dłonią trzymaną na pasie bardzo blisko głowicy miecza. Emocje już opadły, a okolica podobała jej się coraz mniej, więc w głębi duszy ucieszyła się z polecenia Gunsesa. Zatrzymała się:
- ÂŻebyś wiedział, że się wylatałam po lasach i wiesz co, Diomedesie? Nie podoba mi się tutaj. Może to hemis, a może to zmrok. Nie wiem - spuściła wzrok i kontynuowała tworzenie okręgów w obozie, przy okazji przyglądając się mężczyznom, którzy co rusz wychodzili z lasu z naręczą różnej maści gałęzi. W pewnym momencie przystanęła i z niepokojem zaczęła przyglądać się wielkiemu dębowi. Jednak już po chwili uśmiechnęła się pod nosem, komentując tym samym swoje przewrażliwienie i kontynuowała swój marsz. Nie uznała za potrzebne dodawać cokolwiek, gdyż jej towarzysz wyśmiałby ją, gdyby powiedziała o niepokojących, nawet dla istoty "leśnej", dźwiękach, a ścieżkę na pewno już wcześniej dojrzał.
Eric:
Diomedes uśmiechnął się pobłażliwie, słysząc słowa elfki. Sam nie odczuwał niepokoju, nie miał żadnego przeczucia nadchodzącego niebezpieczeństwa. Owszem, las po zmroku wydawał się złowieszczy, ale Nivellen oswoił się już z tym widokiem, przywykł do niego. Zatopione w ciemnościach szeregi drzew niekiedy zamieniały się dla niego w codzienność. Nie dysponował co prawda wyostrzonymi zmysłami, ani takim oswojeniem z lasem jak elfy, ale śmiało mógł się nazwać dobrym przewodnikiem na tym trudnym obszarze.
- Ja tam nic nie wyczuwam - odparł, drapiąc się palcem wskazującym po podbródku. - Ale wolę nie lekceważyć przeczuć elfa w lesie - spoważniał i wstał od dębu, by przejść się po granicy odśnieżonego terenu. Tak dla pewności.
Gunses:
//Parka w obozie
Konie zarżały. Coś je przestraszyło...
//Zbieracze chrustu
Macie poczucie, że wykonaliście swoje obowiązki rzetelnie.
//Koniopójcy.
Czujecie się trochę głupio, że jak na razie rozkulbaczyliście tylko konie, a jeszcze ich nie napoiliście, chociaż kolacja już się zbliża.
//ÂŁowcy
Gunses słyszał zbieraczy chrustu. Słyszał wypłoszone zwierzę i teraz miał nadzieję, że zwierz, pobiegnie w ich stronę. Udało się. Garik czatował z kuszą, Gunses jednak podjął decyzję (jako, że rzadko bywasz)
- Spróbuję go zdjąć. Jeśli się nie uda, dosięgniesz go bełtem - po tych słowach stał wstał.. Ponownie zdjął łuk i nałożył strzałę powoli, spokojnie, idealnie. Nałożył w miejscu gdzie siły naciągu dawały największą energię strzale. Poniżej strzały miał zaciśniętą dłoń. Również odpowiednio wymierzoną, zaciśniętą z odpowiednią mocą w odpowiednim miejscu. Wampir wyprostował się, rozstawił lekko nogi dla lepszej stateczności, ustawił się w kierunku, w którym będzie oddawał strzał i... zniknął. Słysząc nadbiegające zwierze stał nieruchomo, chociaż i tak był niewidzialny, jednak każdy szelest, jaki mógłby wytworzyć mógł go zdradzić. Jeleń nadbiegał. Gunses poczekał aż zwierze przebiegnie pod pochyłym pniem i zaczął łowy. W chwili gdy zobaczył sylwetkę kątem oka jednym silnym, pewnym pociągnięciem naciągnął cięciwę aż do policzka. Tak zamarł niczym posąg wodząc grotem strzały za celem. Miał czas. Ze swego łuku mógł dosięgnąć cel oddalony o 400 metrów. Ale jelonek mógł odbić w bok, skryć się za drzewem, albo w krzakach. Gunses celował w szyję, w kręgosłup. Wampir czując zbliżający się posiłek nie mógł chybić. I nie chybił. Nagle stał się widzialny. Zmaterializował się. Stojący posąg z uniesioną lewą ręką dzierżącą łuk i prawą przy policzku. Brakowało jednak jednego - strzały. Bo zanim się ujawnił wysłał ją. Strzała ze świstem przemierzała powietrze. Zbyt krótko, żeby zwierze mogło się spłoszyć. Wieszczy był od jelenia oddalony o jakieś 10-15 metrów, a jeleń biegł wolno i po prostej linii. Siła naciągu cięciwy poprowadziła strzałę niechybnie. Wyczulone uszy Wieszczych usłyszały chrzęst kości. Chrzęst druzgotanego kręgosłupa. Zwierzę wywaliło się na ziemię niewładne. Zaryczało, dławiąc się krwią i dusząc przez strzałę, która wystawała z przodu szyi. Gunses nie czekał dłużej. Zarzucił na plecy łuk i zeskoczył z drzewa lądując na prostych nogach. Podbiegł do zwierzęcia. Tuż przed nim rzucił się na kolana. Przyłożył dłoń do szyi jelenia. Popatrzył na szybko ruchliwą tętnice i uderzył. Kły cięły skórę i tłuszcz, rozpruwały mięso i tętnice. Do ust Gunsesa buchnęła ciepła, gorąca wręcz ciecz. Gunses zaciągał się nią raz po razie. Krew razem z włosami i kawałkami skóry i mięsa pochłaniana była przez Wampira. Zwierze dogorywało. Ale umierało naturalną śmiercią. Wampir był drapieżnikiem, a jeleń zwierzyną łowną. Nie przez Gunsesa, to przez wilka zostałby zabity. Wieszczy poił pragnienie dość długo. Ciepła natleniona, niby gazowana, krew wypychana uderzeniami serca kotłowała się w ustach Cadacusa, nie... Nie Cadacusa, a drapieżnika. Jednak, kiedy drapieżnik stał się Cadacusem, musiał pamiętać o swym władcy. Gunses wstał, z żalem odrywając się od źródła. Ocierając krew z brody i szyi rzekł do Garika
- Pij póki serce pracuje... Ja sprawdzę co w obozie. Przyniesiesz później jelonka? Oprawimy go już tam, na miejscu - to rzekłszy wskoczył jednym susem na pochyłe drzewo, zszedł z niego szybko i bez obaw o spadnięcie. Wypił dużo. Był teraz w pełni sił.
W obozie zjawił się po kilku minutach. Był już czysty, prócz śladów krwi na odzieży. Po drodze przeżuł listek mięty, które zawsze nosił przy sobie na takie okoliczności. Wprawne oko poznałoby, że jego oczy lśnią się niczym oczy mężczyzny kiedy dama pokaże mu swe dwie krągłości...
- Jak kompania? Udało nam się złapać jelonka. Niedługo tutaj będzie. Rozpalimy ognisko, upieczemy jelenia, pojemy i pójdziecie spać - rzekł biorąc się pod boki.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej