Tereny Valfden > Dział Wypraw
Ni żywego ducha: ÂŻalnik na Wyrębach
Aharo:
Ależ to ma krzywy ryj. Pomyślał Aharo po czym zapytał:
To co robimy? Jak się przekonaliśmy tylko niektórzy z nas mogą sobie poradzić z czymś tego rodzaju...
Eric:
- Spokojnie - zwrócił się do ducha. - My swojacy jesteśmy - dodał bezwiednie, patrząc z lekkimi wątpliwościami na prześwitujące w powietrzu niematerialne ciało astralnej zjawy.
Koza123:
Konrad stanął niedaleko za Diomedesem. W razie niebezpieczeństwa mógłby pomóc swemu kompanowi.
-Co za szpetna istota.- pomyślał.
Mogul:
Na początku poczciwy Mogul nie załapał. W ogóle nie zauważył żadnego ducha, lecz gdy Diomedes skierował słowa w las, to załapał gdzie zjawa się znajduje. Wydało mu się dziwne mówić do ducha w ten sposób. Spokojnie? Przecież tak zaczyna się napierdalanka. Jakoś wolał tego uniknąć, ze względu na fakt, że nie umiał walczyć z tym typem stworzeń, więc gówno by mu zrobił. A jeśli założyć, że to podobne stworzenie do tamtego, to tym bardziej. Bardziej miał nadzieję, że z rogu jakiś przebieraniec, lub bandyta wyskoczy, lecz to były raczej złudne nadzieje.
Gunses:
Zjawa miała w planach was straszyć. Ganiać po cmentarzu i takie tam. Ale zaniechała tego. Słysząc słowa Diomedesa przybrała zjawa mniej straszną postać. Zamieniła się w ducha młodej kobiety, o ciemnych włosach i wianku na głowie. Owinięta była w prześcieradło. Oczy pozostały tylko zimne, nieobecne, martwe.
Duch uniósł się nad nimi i nie patrząc na nią zaczął śpiewać...ÂŚpiew
- Miała w sadzie strój bogaty,
Malowany w różne światy,
ÂŻe gdy się w im zapodziała,
Nie wędrując - wędrowała,,
Strój koloru murawego,
A odcienia złocistego -
Murawego - dla murawy,
Złocistego - dla zabawy.
Zbiegło się na te dziwy aż stu płanetników,
Otoczyli ją kołem, nie szczędząc okrzyków.
Podawali ją sobie z rąk do rąk, jak czarę:
>>Pójmy duszę tym miodem, co ma oczy kare!
Podawali ją sobie z ust do ust na zmiany:
>>Słodko wargą potłoczyć taki krzew różany!
Porywali ją na raz w stu pieszczot zawieję:
>>Dziej się w tobie to samo, co i w nas się dzieje.
Dwojgiem piersi ust głodnych karmiła secinę:
>>Nikt tak słodko nie zginął, jak ja teraz ginę!
Szła pieszczota koleją, dreszcz z dreszczem się mijał.
Nim jeden wypił do dna - już drugi nadpijał.
Kto oddawał - dech chwytał, a kto brał - dech tracił.
A kto czekał za długo - rozumem przypłacił!
Sad oszalał i stał się nieznany nikomu,
Gdy ona, jeszcze mdlejąc, wróciła do domu.
Miałą w oczach ich zamęt, w piersi - ich oddechy
I płonęła na twarzy od cudzej uciechy!
>>Jakiż wicher warkocze w świat ci rozwieruszył?
>>Ach, to strzelec - postrzelec w polu mnie ogłuszył!
>>Co za dreszcz twoim ciałem tak żarliwie miota?
>>ÂŚniła mi się w śródlesiu burza i pieszczota!
Mać ją płacząc wyklęła - ojciec precz wyrzucił,
Siostra łokciem skarciła, a brat się odwrócił.
A kochanek za progiem z pierścieni ograbił
I nie było nikogo, kto by jej nie zabił.
I nikogo nie było, kto by nie był dumny,
ÂŻe ją przeżył, gdy poszła wraz z hańbą do trumny.Potem zaczęła snuć się pośród grobów i łkać.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej