Tereny Valfden > Dział Wypraw
Biała rewolucja - Początki
Istedd:
Niezbyt spodobało się to warchołowi. Podrapał się przez kaptur po głowie i jął walić... to jest kołatać pięścią... znaczy ręką w drzwi. Uczynił to bardzo kulturalnie i dostojnie. Nawet nie klął przy tym głośno, a w przeklinaniu drzewa genealogicznego doszedł tylko do babek! Wielce więc miał dobry humor i zachowywał się grzecznie, choć dziwiło go to, że dalej nikt nie otwiera. Ostawiając być może szanse na wejście do środka oderwał się od czynności pukania i skierować się, aby odejść cały dom. Stąpał cicho (bynajmniej staraj się stawiać kroki bezgłośnie), gdyż chciał poćwiczyć tą umiejętność. Poza tym tak wyglądał "kól", jak określali to żacy. W końcu nieco znudzony rozglądał się za nisko usadowionym oknem albo czymś podobnym, na które mógł się wspiąć i zajrzeć do środka.
Anette Du'Monteau:
Gdy znalazłeś jedno z bardziej dostępnych okien, byłeś w stanie zajrzeć do środka. Jednak z tego co zobaczyłeś wynikało, że tam również nikogo nie ma. Być może gospodarze wybyli w interesach?
Istedd:
Zmełł przekleństwo. Bardzo brzydkie, którego, zważywszy na późną porę, nie śmiem przytoczyć w skromności i bojaźni swej. Istedd puścił się i gładko wylądował na trawie. Nie wiedział co teraz począć. Zarządził tedy sam dla siebie krótki postój. Przysiadł na trawie (uprzednio upewnił się, że nie usiądzie na kupie). Myślał tak chwilę, aż postanowił wreszcie raz jeszcze rozejrzeć się dokoła i spróbować wtargnąć się do środka. Ostatnie nie należało do najmądrzejszych posunięć, ale nie zamierzał tu czekać! Zajrzał przez okno z tym samym skutkiem co poprzednio. Powtórzył te czynność kilka razy. Niechętnie jął rozglądać się za dostępem do środka. Jakowymś wyłomem w oknie, alias otwartym wejściu, acz wysoko położonym. Raz jeszcze zapukał do drzwi i spróbował je otworzyć.
Anette Du'Monteau:
Drzwi były zamknięte. W tym momencie żałowałeś, że nie nauczyłeś się otwierania zamków, gdy było to możliwe u Spike'a. Pozostawał bardziej bezpośredni sposób ich otwarcia i nieco głośniejszy, bo które drzwi nie ulegały sile "perswazji".
Istedd:
Chwilę trwało tylko pożałowanie braku nabycia umiejętności otwierania zamków. Wszakże istniał lepszy, bardziej rubaszny i głośniejszy sposób - czyli taki, którego potrzebował! Słowy innymi pozostawało napierniczać w drzwi z całej siły. Tak też postanowił uczynić Istedd. Obejrzał się za siebie i rozpoczął wszystko od standardowego kopnięcia. Do symfonii zniszczenia dołączył się po chwili głuchy bas natarcia na wrota całą swoją masą. Potem zaś skrzypiały rdzawe kopnięcia i znowuż głuche uderzenie barkiem. Nabrał nieco rozpędu i jeszcze silniej naparł na drzwi. Sapnął przy tym jak jakowyś parowóz, których chyba jeszcze nie poznano. Powtórzył cały koncert rujnowania planu zaskoczenia. Począł dalej rozpędzać się i napierać na wrota całym sobą. Ignorował przy tym tępy ból - wszakże sztuka rodzi się w cierpieniu!
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej